Anarchia w epopei Adama Mickiewicza

Ξ Marzec 26th, 2008 | → 1 Comments | ∇ Anarchia, polityka, proza |

a1ob6.jpg“Pan Tadeusz” Adam Mickiewicz ”

Ach! wy nie pamiętacie tego, Państwo młodzi! Jak wśród naszej burzliwej szlachty samowładnej, Zbrojnej, nie trzeba było policyi żadnej; Dopóki wiara kwitła, szanowano prawa, Była wolność z porządkiem i z dostatkiem sława! W innych krajach, jak słyszę, trzyma urząd drabów Policyjantów różnych, żandarmów, konstabów; Ale jeśli miecz tylko bezpieczeństwa strzeże, Żeby w tych krajach była wolność – nie uwierzę.

“Pan Tadeusz” Adam Mickiewicz Księga dwunasta, wiersz 111-119

 

Wiedźmy i ich miłość

Ξ Marzec 26th, 2008 | → 0 Comments | ∇ metafizyka, niewyjaśnione, proza |

the_succubus135.gif

Zaczęło się to w roku 1997, a dokładnie 13 czerwca 1997 roku w piątek. Z ciekawości można sprawdzić kabałę tej daty: 1+3+6+1+9+9+7=36=6*6=666 666. Mocna data powiedziałby numerolog. To się działo wcześniej, ale wtedy zacząłem to notować i śledzić dopiero w tym czasie. Miałem wtedy dokładnie 20 lat. To Pitagoras powiedział, że wszystko jest liczbą. Nie mylił się… tylko czy wszystko jest matrixem? Tego nie wiem jeszcze dzisiaj. Wszystko jest obliczone, każde zdarzenie przewidziane, przez super świadomość? Bardzo możliwe nawet jeśli mamy wolną wolę, ale mimo wszystko nasze działania są zdeterminowane naszymi poprzednimi w okolicznościach skomplikowanych, ale jednak możliwych do objęcia przez superświadomość. Zwłaszcza, jeżeli weźmiemy za pewne, że wszystko zostawia ślad w „magnetowidzie„ rzeczywistości, nawet myśli.

To był niezwykły dzień. Ten dzień zmienił moje postrzeganie rzeczywistości. Może później wrócę do opisania tego dnia. Teraz tylko przytoczę teksty kobiety, która jako pierwsza ujawniła dziwną wiedzę, którą zacząłem namiętnie tropić.

Powiedziała:

-Wiedziałam co się stanie.

Na pytanie dlaczego temu nie zapobiegła, odpowiedziała.

-Bo nie wierzyłam, że to może stać się prawdą. 13 w piątek chodzi się do wróżki, ale żeby się sprawdziło nie wolno tego powtórzyć przed wydarzeniem. W taki dzień spełniają się pragnienia. A ja pragnęłam się do Ciebie zbliżyć. Popatrz na to z tej strony. Gdybym zapobiegła temu, nie poznałbyś mnie.

Zastanawiałem się wiele razy kim tak naprawdę była. Czy była wiedźmą? Czarownicą?

Na pewno była nieprzeciętnie inteligentną seksowną blondynką. Owijała mnie w swój kokon głównie kłamstwami, pochłaniała umysł, przyciągała jak magnes metal, ale wśród jej kłamstw można było doszukać się ziarenka prawdy, które potem można dopasować do już zdobytej wiarygodnej wiedzy o niezwykłości rzeczywistości. Szukałem, a ona zdawała się posiadać odpowiedzi na pytania, a może tylko kłamała, żeby mnie za sobą pociągać. Musiało ją to drażnić, że traktowałem ją jak dziecko, bo chyba tak było, może dlatego, że była o 3 lata młodsza. Szukałem czegoś więcej, ponad materią i ona to wiedziała. Ale zostawmy sprawy między mną, a nią. Zajmijmy się tropieniem niewyjaśnionego, by to choć trochę zrozumieć. Ktoś musiał tą rzeczywistością kierować, ktoś musiał być odpowiedzialny za to co się zdarza.

-Wróżka powiedziała, że dasz mi coś, czego nikt nie może mi dać. – mówiła, miała na imię Katrine.

Wściekałem się i pytałem.

-Co jeszcze powiedziała Ci ta wiedźma? Powiedz mi gdzie mieszka.

Powoli wyciągałem z niej informacje, bardzo ciekawe informacje, ale musiałem przesiewać je także przez tony jej kłamstw.

-Powiedziała, że zakochasz się w czarnej.

-Co? W ciemnoskórej. Z czarnymi włosami?

-Nie wiem.

Przynajmniej czegoś nie wiedziała. Wciągnęła mnie wiedza tajemna… ktoś najwyraźniej ją posiadał, ale nie miałem dowodów, jednak fakty mówiły za siebie.

Rozstaliśmy się po jakimś czasie, ale stworzyłem książkę w której wymyśliłem inną bohaterkę o imieniu Ivhes i faktycznie dałem jej tę książkę. Sprawdziła się przepowiednia, że dam jej coś czego nikt jej nie da. Książkę, ale sam nie wiem czy chodziło o nią, przecież mój czas się jeszcze nie skończył. Może dałem jej coś jeszcze, uczucie, emocje?

W tych latach zaczął rozpowszechniać się Internet. Dość popularny stawał się komunikator Mirc. Zacząłem przebywać na kanale #filozofia. Pod nickiem Jacques. Na początku nie odzywałem się, bo uznałem, że na filozofii zapewne siedzą ludzie o nieprostych umysłach, więc wolałem przypatrywać się pojawiającym tekstom. Na kanale zawsze przebywała osoba o nicku jevel. Nie miałem pojęcia kim jest, ani nie wiedziałem co znaczy nick. Miałem jednak dziwne i niewytłumaczalne przeświadczenie, że ta osoba mnie obserwuje. Jevel nie odzywała się podobnie jak ja. Mijały dni, może minął aż tydzień. Milczeliśmy oboje i zapewne czuliśmy na sobie swój wzrok. To było dziwne doświadczenie na poziomie psychiki. Nie widzieć się, a czuć przyciąganie. Czasami, może przez zmęczenie wydawało się, że nasze nicki zlewają się i łączą. Mogło to wyglądać tak jak poniżej. Czasami ktoś wchodził pomiędzy nas jeśli jego nick zaczynał się na Je- lub Ja- ale rzadko.

jj.jpg

Litera q stykała się z jej l, lub gdy ja zmieniłem na małe j, a ona na duże J. Ale czasami naprawdę jakby naginał się obraz na ekranie jak nagina grawitacja rzeczywistość i wtedy j stykały się, choć to już mogło być złudzenie, lub jakieś załamanie programu, albo dyfrakcja fali poprzez zakurzony ekran. Jakkolwiek się to działo, umysł interpretował to jednoznacznie. To jakaś elektroniczna milcząca przytulanka i to jej j krzywiło się niewytłumaczalnie. Wszystko mogło być oczywiście złudzeniem z powodu zmęczenia od nadmiaru czytania tekstu, ale jak można zakochać się w nicku? Można. Czasami my prawdziwi mężczyźni zakochujemy się w autach, zwłaszcza jeśli jest to BMW i ma co najmniej 300KM. Maniacy rowerowi jak jedzie seksowna blondynka na rowerze bez bluzki zapamiętują jedynie markę roweru. Zapewniam, że tak właśnie jest. Niektóre kobiety zakochują się tylko w Kubach. Mnie pociągał ten pseudonim – jevel. Taki prosty i tak tajemniczy, idealnie wręcz symetryczny. Po odrzuceniu j i l pozostaje nam eve. Ewa była pierwszą kobietą i znaczy “dająca życie”. Inna wersja Ewy to Jewa, lub Hawwa. Wszystko brzmi jak Ivhes. Podobieństwo do tego co sami tworzymy musi nurtować jeszcze bardziej. Zadajemy sobie wtedy pytanie na ile możemy wpływać na rzeczywistość, lub na ile przyszłość wpływa na przeszłość i tym samym na nasze możliwości przewidywania przyszłości.

Zacząłem sobie wyobrażać jevel. Jej nick brzmiał ostro i kojarzyłem go z hebrajską kulturą. Byłem pewien, że jest to kobieta i wyobrażałem ją sobie ubraną w bordową sukienkę, kolor władzy, a jej włosy są czarne jak smoła, a skór biała jak śnieg. Kojarzyła mi się jak Mała Mi z Muminków, złośliwa malutka istotka, którą trzeba ujarzmić, żeby stała się milutka.W jakiś sposób podświadomy bałem się jej i później jak się okazało nie były to bezpodstawne obawy.

128055_1162939750_submedium.jpg

Pewnego dnia, zauważyłem, że rozwinął się temat na który posiadałem wiedzę i raczej argumenty jakie w nim padały były żałosne. Odezwałem się pierwszy raz na kanale, ale nikt nie odpowiedział, poza jedną osobą. Odpowiedziała tak szybko, że sam nie wiem czy zdołałbym tak szybko napisać to na klawiaturze. To było nieprawdopodobne, bo przecież wcześniej milczała jakby była botem. Jej pierwszego tekstu na głównym kanale nie zapomnę. Powiedziała: „-No wreszcie…” Czyżby specjalnie milczała i czekała, aż się odezwę?

Zatkało mnie. Poczułem się obrażony. Nic nie odpowiedziałem i udawałem, że nie zauważyłem jej tekstu, ale jej osobowość jeszcze bardziej zaczęła mnie nurtować. Zanim się odezwała już kochałem jej nick, teraz czułem, że kocham jej osobowość, jej wścibskość, wtrącanie się w życie nieznajomego i jej chamskość, jej grę. Tak, jak milczała tak nagle z jakąś przyjaciółką Roxaną zaczęła na głównym kanale erotyczny spektakl werbalny. Każdy facet na jej wyrafinowaną grę słów śliniłby się bez opamiętania. Kusiła jak diablica z piekła rodem z najwyższego szczebla hierarchii. Emocje były niezwykłe, bo bałem się jej i jeszcze nie spotkałem kobiety tak żywiołowej, która upatrzyła sobie dokładnie wybraną z wielu ofiarę, nie widząc jej poza jej imieniem, a jednak ewidentnie pewna swego i ofiary. Jej słowa przyciągały moją uwagę, zwłaszcza takie, które mogły świadczyć o tym, że ona coś wie na temat, który tropiłem. Mówiła: -Widzę Cię. -Piłam krew. –Już robiłam i widziałam wszystko, nic chyba mnie nie zdziwi.

Wszystko stawało się straszne i niezwykłe, a jej nick był zbieżny z wymyśloną przeze mnie kobietą. Ivhes=jevel. Co łączy te imiona? Obie składają się z pięciu liter. Obie mają literę v która była sednem imienia. Obie zaczynają się na literę, która w hebrajskim jest podobna. Zbieżność bardzo wysoka. Wibracja imienia jevel jest również niezwykła to 9 dla ducha, 9 dla psychiki i 9 dla ciała. Co daje 999, a to również można odczytywać jako 666. Wibracja słów lub imion jest istotna. Np. guten morgen po niemiecku ma wibrację o liczbach w kulturze uznanych za złe stąd czujemy, że nie jest to zbyt piękne pozdrowienie, a ostatnio komik pozdrawia tak Polaków i odczuwamy poprzez to jakiś dreszcz niepokoju. Dzień dobry ma całkiem odwrotną wibrację a to samo znaczenie, jednak odczucie jest inne, bardziej przyjazne. Tak samo Jacques ma wibrację 4 dla ducha, 4 dla psychiki i 4 dla ciała. Liczba 4 kojarzy się głównie z fioletem. Nick jevel mając wibrację 999 kojarzy się z bordowym, lub czarnym kolorem i bezkompromisowością. Odczucia po pierwszym spojrzeniu na imię, zgadzają się z wibracją liczby którą reprezentują. Tropiąc i analizując informacje trafiłem także do słownika angielskiego i jevel okazała się być klejnotem.

Moje odczucia okazały się prawidłowe jeśli chodzi o jej charakter. Teraz należało się dowiedzieć czy jest czarna, jak z przepowiedni Katrine. Jednak nie miało znaczenia czy jest czarna, byłem pewien, że do niej coś czuję, a moja podświadomość się nie myli, bo to było zbyt silne. Nigdy jej nie widziałem na oczy, a moja fascynacja nią osiągnęła szczytu. Byłem pewien, że to jest niezwykłe, że emocje muszą być oczami, że podświadomość jest trzecim okiem i wie coś czego sam jeszcze nie wiem, ale to czuję. Musiałem tam wchodzić, bo ona tam była. Zbliżała się powoli do mnie. Jednak udawałem, że nie rusza mnie jej teatr. Nie mogłem przełamać tego dystansu w komunikacji słownej poza obserwacją, zresztą gdy próbowałem go nawiązać ona jakby specjalnie uderzała w jakiś gong i cała rozmowa rozbijała się o całkiem inną materię. Może doskonale podświadomość zdawała sobie sprawę z tego, że mam do czynienia z dziką lwicą. Obrażanie się wzięło górę i nie mogliśmy się dogadać. Byłem jej bardzo ciekaw i wydawało mi się, że ona potrafi przenikać myśli. Zbliżała się i jednocześnie gdy sam próbowałem się zbliżyć okazywała się potworem dla delikatnych emocji. Była jak wściekła żmija o języku jak ostry sztylet. Jej umysł znał słowa niezwykłe i używała ich jak szybki zabójca. O tak! Korespondowałem z nią i pewnego razu wybrałem się do jej miasta odległego o 700km, ale nie spotkałem się z nią tylko z inną. Dowiedziała się o tym i podpadłem jej jeszcze bardziej. Jak pies z kotem, mogliby żyć razem, bo żadne drugiego nie zje, ale wolą ze sobą walczyć. Mijały miesiące i nadal nie wiedziałem jak wygląda. Niezwykłe w tym wszystkim także było to, że gdy wreszcie się dowiedziałem jak wygląda, zobaczyłem osobę którą widziałem już wcześniej w wyobraźni. Wreszcie nadeszły dni, kiedy zmiękło jej serce, nie trwało to długo, bo jak zwykle znowu wystawiłem jej cierpliwość na próbę. To było podświadome testowanie, jakbym chciał się o czymś przekonać. Oczywiście nie wziąłem poprawki na jej bezkompromisową osobowość i okazało się, że ona nie ma litości, a jej gniew może wiele i właśnie to chciałem się podświadomie dowiedzieć. Nie słowa jej jak sztylety okazały się najgorsze, ale to co się wydarzyło.

asmodeus.jpg

Asmodeusz, Aeszma, w biblijnej Księdze Tobiasza zły duch, który spowodował śmierć 7 małżonków Sary, zanim została żoną Tobiasza. Odstraszony Asmodeusz w sposób podany Tobiaszowi przez anioła Rafaela (Rafała), tj. zapachem palonej rybiej wątroby, uciekł na pustynię Górnego Egiptu.
W literaturze rabinicznej pojawia się jako Aszmedaj (od hebr. szamad – szkodzić, niszczyć), uchodzi za króla demonów. Uważany bywa za odpowiednik Aeszma Dewy – przywódcy 7 duchów zła, gniewu i zniszczenia towarzyszących Angra Mainju.

sucubuss.jpg

Wszedł pewnego razu ktoś taki na kanał o imieniu Asmodeusz, wydawało się, że jevel doskonale się z nim zna. Powalczyliśmy ze sobą na słowa, ale nic więcej się nie wydarzyło. Jak dla mnie to była imitacja za którą krył się pozbawiony inteligencji człowieczek. Oczywiście przekopałem informacje na temat tej postaci i przynajmniej miałem o tym jakieś pojęcie. Przynajmniej to był jakiś ślad w moim dochodzeniu do prawdy, jakakolwiek choć absurdalna to jednak jakaś informacja. Może to był dopiero przedsmak tego co miało się zdarzyć. Nakarmiła mnie mitologią biblijną. Może to był klucz do jej sukcesu? Samosugestia… Zresztą karmiła mnie nie tylko mitologią biblijną, ale i inną fikcją. Jedną z nich była książka Josepha Conrada „Lord Jim”. Pisała, że to jej ulubiona książka. Oczywiście w poszukiwaniu informacji połknąłem tę książkę jednym tchem. Moją uwagę w tej książce przykuły dwie ważne rzeczy. Pierwsza to pierścień władzy z którego rezygnuje Jim (po angielsku znaczy Jakub) i w efekcie pewnych okoliczności ginie. Pierścień władzy przewija się też przez moją ulubioną twórczość antytotalitarną i antyinstytucjonalną w Tolkienie „Władca pierścieni”. Drugą rzeczą która się rzuciła w oczy to imię jevel, czyli klejnot jak nazywał Jim swoją ukochaną. Jevel przewidziała, że Jim może zginąć, ale on jej nie słuchał, bo jego honor nie pozwalał mu na ucieczkę, którą ona zorganizowała. Jim ginie, a ona staje się zimna jak głaz i zapowiada, że nigdy mu tego nie wybaczy. Nigdy!

ci136c.jpg

Nastały dni kiedy jej wściekłość osiągnęła maksimum. Nie będę wchodził w szczegóły, ale kilka dni wcześniej w jakimś granginioolwym transie powiedziałem, że kocham inną. O tak! Nie wiecie co potrafi wściekła lwica, która operuje i szermuje tak zmyślnymi słowami jak chirurg i jednocześnie rzeźnik ze skalpelem i bynajmniej nie są to przekleństwa. Nie pamiętam tego i nie jestem w stanie opisać jej ciosów przy pomocy słów, możliwe, że wymazałem to z pamięci i tylko jakieś ułamki tych zdarzeń plątają się w umyśle. Można nawet bez przesady porównać to do ciosów boksera po których ciężko się podnieść, tyle, że one bolą przez chwilę i potem traci się przytomność, a jej bolały przez tygodnie bez kojącej utraty przytomności. To dziwna mieszanka emocji jakie wywoływała potrafiła wstrząsać psychiką.

W pewien pochmurny dzień po wymianie zdań, z tymże wymiana wyglądała bardziej jak rozmowa skruszonego królika z lwicą… a potem wyszła bez słowa z kanału filozofii, wtedy rozgniewany wyraziłem ponownie swój ukryty dominujący męski stosunek do zdobyczy, jakby na to nie patrzeć będący w naturze każdego prawdziwego mężczyzny, ale mimo wszystko stłamszony przez doświadczenie jej siły jak na razie tylko werbalnej, ale zapewniam, że niewytłumaczalnie mocnej.

Powiedziałem:

-Wracaj! – nie brzmiało to obraźliwie poza siłą jaką wyrażało. I wtedy ktoś wszedł na kanał o nicku wydającym się być męskim, ale nie pamiętam nazwy.

-Do kogo to powiedziałeś? – odezwał się.

Zastanawiałem się chwilę, bo tekst nie brzmiał przyjaźnie, ale nie miałem powodu by nie odpowiedzieć, ani udawać, że nie do mnie skierowane są słowa, a zwłaszcza, że zaciekawił mnie i czułem, że ma to jakiś związek z interesującym mnie zjawiskiem.

-Do jevel.

-Będziesz miał pecha. – odpowiedział. Wtedy mój gniew osiągnął apogeum. Siedziałem wtedy w kawiarence internetowej i pomyślałem, że ktoś po prostu zaglądnął w nasze rozmowy i sobie robi żarty. W dodatku bawi się sugestią. Chciałem go dorwać w swoje ręce.

-Ja nie mam pecha – odpowiedziałem – Ja nigdy nie mam pecha.

-To zobaczysz- ten ktoś wyszedł z kanału i nie zdążyłem mu powiedzieć, że to on będzie miał pecha jak go spotkam, żeby spróbować odwrócić sugestię, jeżeli w ogóle cos takiego istniało jak samospełniające się proroctwo.

Zirytowałem się do takiego stopnia, że wyłączyłem komputer i jeszcze rozglądnąłem się po stanowiskach, miałem nadzieję, że ten ktoś się ujawni poprzez błąd w mowie ciała i co najmniej nastraszę go, ale nikt taki mi się nie rzucił w oczy, jedynie administrator zdradzał jakiś strach, wibrował jak Judasz, jak jakiś sprzedawczyk i konfident, ale to nie było wystarczające by zrobić awanturę. To tylko mogła być imaginacja jego zdradzieckiej mowy ciała. Wyszedłem z kawiarenki. Wsiadłem do Fiata 126p i ruszyłem do domu.

fiat126demon.jpg

 

Nie ujechałem 300 metrów i poczułem, że złapałem kapcia w prawej tylnej oponie… Wyszedłem z samochodu, obszedłem go i faktycznie w oponie nie było powietrza. Spojrzałem na zegarek. Była godzina 22:00. Ciemno, pusto i zimno w centrum małego miasteczka. O tej porze zawsze ktoś jeszcze tędy przechodził, ale nie dziś. Dziś jakby ludzie zniknęli. Wyciągnąłem podnośnik i zapasowe koło. Nagle zaczął kropić deszcz. Najpierw drobny, ale z każdą sekunda coraz mocniejszy. Po kilku minutach byłem cały mokry. Brązowa skórzana kurtka zrobiła się jeszcze cięższa. Deszcz jak na złość, akurat teraz drażnił po policzkach. Zacząłem myśleć jaki to może mieć związek. Ale ta opona ten deszcz to musi być zbieg okoliczności, bo ja nie mam pecha.

Włożyłem podnośnik pod dorobiony wzmacniany próg podrasowanego samochodu i zacząłem kręcić. Samochód podniósł się nieznacznie. Wtem, podnośnik ześlizgnął się z dorabianego progu i oparł na drugim oryginalnym, przytrzaskując jednocześnie moją dłoń. Doznałem szoku. Opona, deszcz i teraz przytrzaśnięta dłoń pod własnym samochodem. Co jeszcze może się zdarzyć? Próbowałem wyswobodzić dłoń, ale była zbyt mocno przytrzaśnięta i mogłem wyrwać przez to kawał skóry razem z palcem wskazującym. Trzeba podnieść samochód. Wtem z lewej strony usłyszałem kroki. Popatrzyłem w tym kierunku i zobaczyłem starszą kobietę w moherowym bordowym berecie i brązowym płaszczu. Szła chodnikiem w moim kierunku i gdy zbliżyła się na odległość 4 metrów wypowiedziała słowa.

-Jak ty się namęczysz.

Tego było za wiele. Nie odezwałem się, udawałem, że wszystko jest w porządku. Zaraz podniosę samochód i wyciągnę dłoń, tylko niech przejdzie i już mnie nie dręczy swoim spojrzeniem. Przechodziła za moimi plecami, a ja udawałem, że coś wyciągam spod samochodu. Nie miałem zamiaru jej się tłumaczyć, a jeśli nawet potrzebowałem pomocy to nic by nie pomogła, bo nie podniesie samochodu. Przeszła. Odwróciłem się w prawo by zobaczyć gdzie idzie, ale nie było jej. Zniknęła. 5 metrów dalej była wąska uliczka i mogła tam skręcić. Jednak zrobiła to dość szybko. Musiałem się skupić na jak najszybszym wydostaniu dłoni spod samochodu. Chwyciłem prawą ręką za próg i spróbowałem się przymierzyć do podniesienia. Jednak nie było to łatwe. Normalnie można to zrobić, ale dwoma rękami dźwigając za pomocą mięśni grzbietu. Teraz lewą rękę miałem w takiej pozycji, że uniemożliwiała wyprostowanie się i przeniesienie ciężaru na grzbiet. Jedyne co mogłem zrobić z takiej pozycji to oprzeć prawą rękę na kolanie i podnieść samochód na bicepsie. To było niewykonalne. Na bicepsie normalny człowiek może podnieść najwyżej do 30kg. Połowa samochodu waży 350kg. Trzeba po kogoś zadzwonić. Poszukałem telefonu komórkowego wzrokiem. Leżał na siedzeniu pasażera. Chwyciłem za klamkę drzwi i pociągnąłem, ale mechanizm nie zareagował. Drzwi były zamknięte od wewnątrz. Kluczyki! Przypomniałem sobie gdzie są kluczyki i od razu rzuciły się w oczy - za szybą, włożone w stacyjkę.

Tego było za wiele. Myślałem tylko o jednym jak dopaść tego gościa, który rzuca takimi sugestiami, czy zaklęciami. Gdybym go miał w swoich rękach to on mógłby tego nie przeżyć. Gniew i chęć dopadnięcia tego pasożyta była tak wielka, że gdy przymierzyłem się jeszcze raz do podniesienia samochodu, podciągnąłem go na bicepsie o dwa centymetry i wyszarpnąłem lewą dłoń spod zatrzasku.

To przekraczało ludzkie pojmowanie. Przez chwilę próbowałem się uspokoić. Potem skoncentrowałem się i powoli kontrolując każdy ruch wymieniłem koło w samochodzie. Pozostało przy statystycznie prawdopodobnym i dużym zagrożeniu życia kontynuować jazdę. Na każdym skrzyżowaniu zanim z niego wyjechałem sprawdziłem trzy razy czy coś nie jedzie i to z taką szybkością, że aż przesadziłem z bezpieczeństwem, ale było pusto. W drodze nie spotkałem ani jednego mijającego mnie samochodu. Gdy dotarłem do domu postanowiłem wskoczyć pod prysznic, żeby się zrelaksować. Chwyciłem za pokrętło podgrzewacza wody i przekręciłem go. Lampka zaświeciła się po czym usłyszałem dźwięk zwarcia i lampka zgasła… To była fikcja, o takich rzeczach można czytać wymyślonych przez bajkopisarza, lub autora science fiction… Z prysznica płynęła zimna woda i obudziłaby nieboszczyka, a tym bardziej śniącego najtwardszy sen.

Pewne zdarzenia można uznać za zbieg okoliczności, jeśli jest więcej dziwnych zdarzeń można zastanawiać się nad paranormalnym zjawiskiem, ale jeśli niewyjaśnionych zdarzeń jest zbyt dużo, to rzeczywistość zaczyna się jawić jak imaginacja umysłu. Postanowiłem to przeczekać do jutra. Jutro ten koszmar powinien się skończyć. Może byłem zbyt zmęczony i zbyt rozdrażniony. Tak przynajmniej myślałem, bo wszystko co się wydarzyło do tej pory przekraczało granicę absurdu i nie mogło trwać w nieskończoność.

Kolejny dzień sobota, zaczynał się jak zwykle. Z początku świeciło słońce. Jechałem do szkoły na 9:00. Miałem do przejechania 43 kilometry. Tym razem jechałem wolniej mając wzgląd na wczorajszy dzień. Wolniej oznaczało nie przekraczanie 80km/h w terenie zabudowanym i 100km poza zabudowanym. Zwykle ta prędkość w podrasowanym maluchu wynosiła w porywach 130km/h również w obszarze zabudowanym. Teraz musiałem się ograniczyć i to drastycznie. Nic nie było pewne, zwłaszcza, że po 9 kilometrach jazdy zobaczyłem pierwszy wypadek. Po przeciwnej stronie stał mojego koloru samochód z rozbitym tyłem, a za nim stał ambulans i żeby tego było mało, ambulans miał rozbity całkowicie przód. To był znak, że nic mi nie pomoże, bo jadący na ratunek ambulans rozwali się, a jeden już został wyeliminowany. Za ambulansem stał radiowóz. Z dużą starannością próbowałem wypatrzeć również jakieś oznaki kolizji, ale z ulgą stwierdziłem, że nie miał rozbitego przodu. Z ulgą, bo był to znak, że nie wszystko musi się do końca rozwalić, choć nie lubię policji to jednak cieszył mnie widok nie rozbitego radiowozu. Był zwiastunem jakiejś granicy niszczycielskiej siły. Zwolniłem jeszcze bardziej, ale długo tak nie wytrzymałem siedemdziesiątką i nigdy bym nie dojechał do celu, równie dobrze mógłbym wsiąść na rower i byłbym w tym samym czasie, a i byłoby ekonomiczniej. Jakieś 10 km przed celem podróży przyspieszyłem i szybko się okazało, że nie był to najlepszy moment. Na pierwszym zakręcie przy 100km/h zarzuciło mi tył samochodu. Udało się to opanować, bo nie na darmo uczestniczyłem w KJS-ach (Konkursowa Jazda Sportowa) i znowu siedziałem jak na szpilkach. Zwolniłem. Na zakręcie musiała być rozlana plama oleju, bo to nie mogło mieć miejsca. Nie cieszyłem się bo to nie był koniec podróży, należało jeszcze mieć zapas energii na powrót. Szukałem parkingu, ale wszystkie miejsca były zajęte. Zawsze w tym miejscu było trudno, ale na malucha też zawsze się coś znalazło. Tym razem nawet szczur by się nie wcisnął między samochody. Zaparkowałem w miejscu, gdzie szereg samochodów stał pomiędzy jezdniami na nowo wybudowanym przedzielającym pasie z kostki brukowej. Nie było zakazu postoju, a przestrzeń była jednym wielkim parkingiem, zaś droga o małej częstotliwości ruchu. Trudno było nazwać tę drogę dwujezdniową przedzieloną pasem na którym jest zakaz postoju – to naprawdę był jeden wielki parking. Na pasie przedzielającym jezdnie stało około 30 samochodów, tj. około 150 metrów pasa. Niestety gdy wróciłem do samochodu około 15:00 na tym pasie stało już tylko 5 samochodów, a wokół kręciła się straż miejska. Za szybą miałem kwitek na 100 zł i 4 punkty karne. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że nigdy w życiu nie dostałem mandatu zwłaszcza za prędkość którą nagminnie łamałem, a dopiero co za złe parkowanie, które w tym przypadku było jedyną opcją nie stwarzającą zagrożenia dla ruchu pojazdów. Strażnicy mogliby sobie odpuścić. W tym momencie ilość zdarzeń przerosła moje zmysły. Zacząłem tykać jak bomba zegarowa. Pierwszy w życiu mandat i to w drugim dniu sytuacji, która przerosłaby najstarszego wyjadacza czarnej magii. Nie raz prędkości innymi autami przekraczały 170km/h, a ja dostałem pierwszy w życiu mandat za złe parkowanie. Tykałem, niezauważalnie. Jeszcze od samochodu wpakowała się koleżanka, która chciała, żebym ją podwiózł i przekonywała, że wie jak jechać krętymi uliczkami by ominąć główne arterie. Niestety zgubiła się na pierwszym skrzyżowaniu i musiałem zajrzeć do mapy. Straciłem w drodze powrotnej zamiast 45 minut – 2 godziny. Miałem naprawdę dość. Praktycznie milczałem i czekałem, aż stanie się apogeum i nastanie koniec. W drodze powrotnej nie rozwijałem dużej prędkości z powodu korków, a na ryzykowanie wyprzedzania nie miałem ochoty. Udało się wrócić do domu. Położyłem się spać. W następnym dniu czekał mnie jeszcze jeden kurs do szkoły.

Następnego dnia przyjechałem do szkoły bez większych komplikacji i nawet miejsce znalazło się bardzo przyzwoite na parkingu. Napięcie opadło dzięki tej dużo lepszej od wczorajszej sytuacji.

Była 9:15, zapukałem do sali wykładowej i wszedłem.

-Dzień dobry. Przepraszam za spóźnienie. – powiedziałem i ruszyłem w stronę stałego miejsca w którym siedziałem od początku semestru.

-Chociaż raz mógłbyś się nie spóźnić- piękna, młoda i czarnowłosa nauczycielka zadarła do góry nosek. Zmyliło mnie to dobre miejsce parkingowe – pomyślałem. A więc się nie skończyło – myślałem, a napięcie we mnie rosło. Jak tylko pomyślałem o minionych dwóch dniach, a zwłaszcza o wczorajszym mandacie i tym, z jestem do tyło o 100zł, zacząłem znów tykać jak bomba zegarowa. Teraz ta wiedźma zaczęła się czepiać. Może to tylko sen?

-Przecież przeprosiłem za spóźnienie. – odpowiedziałem jeszcze spokojnie i uprzejmie, ale ze wzrokiem seryjnego zabójcy.

-Tak wiem o tym, ale mógłbyś się nie spóźniać.

Postanowiłem przemilczeć tę uwagę, byłem chodzącą bombą zegarową, może nawet atomową, a ona nie wiedziała z czym zadziera.

Wszedłem w ostatni rząd ławek, tam gdzie zwykle siedziałem, jednak zauważyłem, że ławki zostały przesunięte bardziej do ściany i teraz było ciężko się tam dostać. Siedziałem zawsze na trzeciego z dwiema koleżankami, jedna była brunetką, a druga blondynką.

-Co tu się dzieje, że tak ciasno? – zapytałem na głos, czując, że coś się święci niedobrego.

Siedziałem na trzeciego, gdyż na samym początku studentów było tak dużo, że zabrakło by ławek w sali, gdyby siedzieli po dwóch. Z przyzwyczajenia siadłem tam gdzie zwykle i nie widziałem w tym nic dziwnego.

-Czy mógłbyś się przesiąść – usłyszałem głos nauczycielki.

W tym momencie moje delikatne i wyrozumiałe usposobienie pękło.

-Zawsze tutaj siedziałem, więc nie widzę powodu, żebym się przesiadał.- odpowiedziałem.

-Teraz się wszystko zmieniło i proszę, abyś się przesiadł, gdzie indziej.

Nie wiedziałem tak naprawdę o co idzie. Co się dzieje, ale coraz bardziej byłem zirytowany i coraz bardziej bez hamulców.

-Przeprosiłem za spóźnienie, o co Pani chodzi?

-Tak przeprosiłeś, ale ileż razy można przepraszać?

Nie wytrzymałem.

-Nie wiem – podniosłem trochę ton głosu – Może 77?

Nagle sala wybuchła śmiechem. Ja też przez chwilę uśmiechałem się do siebie, czując, że tekst był niezły, ale miałem w tym głębszą treść przekazu. Chodziło mi o to, że w Biblii, Chrystus sugerował, by 77 razy wybaczać, a ona chciała dowiedzieć się ile razy można przepraszać. Było dla mnie oczywiste, że na przeprosiny nigdy nie jest za późno i raczej jest to nielimitowana opcja. Przepraszanie jest czymś naturalnym i czymś co należałoby robić jak najczęściej, a ona się mnie pyta ile można razy przepraszać.

Nauczycielkę na chwilę zatkało, ale już po chwili przekonałem się, że jest to twarda sztuka.

-Nie będę prowadzić zajęć dopóki się nie przesiądziesz.

Kipiałem ze złości. Ona sobie do mnie leci jak do jakiegoś chłystka, a ja się zastanawiam, czy nie spadnie mi cegła na głowę w drewnianym kościele do którego nie chodzę. Zastanawiałem się czy za kilka godzin będę jeszcze żył, gdy skumuluje się apogeum jakiejś nieznanej i niezrozumiałej mi siły, a ona tutaj odprawia szopkę, jakby była w zmowie z jakąś sektą, która postanowiła mi zrobić jakiś niewytłumaczalny akt agresji.

-W takim razie niech się pani przeniesie do przedszkola – uderzyłem już mocniej licząc, że wiedźma da sobie wreszcie spokój.

-Opuść tę salę.

-Nie opuszczę zajęć bo za nie płacę.

Zreflektowała się, ale po chwili zaczęła swoje.

-Ja tutaj jestem górą – powiedziała.

W tym momencie straciłem już nad sobą kontrolę, ale jeszcze dwa razy zastanowiłem się zanim rzuciłem kolejne słowa. Ona nadal nalegała.

-Albo się przesiądziesz, albo nie będę prowadzić zajęć.

-Nie obchodzą mnie, pani problemy osobiste. – zaakcentowałem słowa problemy osobiste w bardzo stanowczy sposób. Koleżanki siedzące obok tym razem zareagowały.

-O nie. Teraz przegiąłeś. – Najwyraźniej zrozumiały, że miałem na myśli kobiecą agresję w okresie owulacji.

-Przesiądź się. – zaczęły nalegać koleżanki.

Tak właśnie. Naraziłem się całej populacji samic w tej sali. Ich solidarność jajników odezwała się w sposób naturalny.

Przeżywałem swoisty katharsis. Płynęły przez mnie myśli jak burza. Jednak z koleżankami nie miałem zamiaru zadzierać, jeżeli one już nalegały to oznaczało, że naprawdę gdzieś przeciągnąłem strunę, choć przecież nie z mojej winy. To już nie był pech, to była jakaś wojna. Tutaj polała się krew z emocji. Byłem gotowy na wszystko, nawet na śmierć, ale nie na walkę z całą populacją gniewnych kobiet. Nie rozumiałem o co w tym chodzi. Przyszedłem na wykłady i chciałem mieć święty spokój, a one ze mną walczyły, choć im nic nie zrobiłem. Czarnowłosa nauczycielka, która spoglądała czasami na mnie oczami wampa, teraz wygadywała jakieś bzdury o swojej dominacji i władzy. Przesiadłem się. Trwałem w jakimś amoku i nie potrafiłem z tego wyjść. Czarnowłosa wygrała, grała twardą, choć było widać jakąś jej wewnętrzną przemianę to jednak bił z niej chłód, jakby cała sytuacja nie zrobiła na niej najmniejszego wrażenia.

Jakiś chłopak wstał i szedł do drzwi. Zauważyła to i zapytała.

-Dokąd?

-Do ubikacji – oznajmił mężczyzna zbity trochę z swojego toru ruchu.

-Nie teraz. Jak powiem, to będziesz mógł wyjść.

Chłopak posłusznie wrócił do na miejsce. Zaśmiałem się w środku. To już był absurd. Ta kobieta oszalała na punkcie władzy nad mężczyznami.

Wyciągnąłem książkę nie związaną z przedmiotem, który wykładała i zauważyła to. Przeszła kilka razy, aby sprawdzić co czytam, ale już się nie odezwała. Ostatnia z nią wymiana słów odbyła się gdy napisała po angielsku przysłowia, a ja dorzuciłem po angielsku zdanie.

-A friend to all is a friend to none – co miało znaczyć “Przyjaciel wszystkich nie jest niczyim przyjacielem”. Wtedy rzuciła zdanie, nie patrząc w moja stronę.

-Ja nie mam przyjaciół.

Teraz byłem pewien, że tło jej agresji miało jakieś głębsze podłoże. Ogłosiła przerwę. W tym momencie moje zaskoczenie wobec absurdu rzeczywistości nie miało sobie równych. To co się wydarzyło po wyjściu z sali na korytarz zahaczało o jakąś literacką fikcję. Wszystkie wydarzenia, które miały miejsce w ciągu tych trzech dni: opona, deszcz, komórka, przytrzaśnięta dłoń, kluczki w stacyjce, kobieta w moherowym berecie, podgrzewacz wody, MANDAT, zabłądzenie samochodem, sprzeczka z czarnowłosą pięknością i jednocześnie wykładowczynią były niczym w porównaniu z tym co zdarzyło się na korytarzu szkoły.

Pierwszy wyszedłem z sali ja, a za mną wyszedł mężczyzna, któremu czarnowłosa kazała wrócić się na miejsce, i nie mógł wyjść nawet do ubikacji, czego nie zabrania się nawet przedszkolakom. Podszedł do mnie i wyciągnął dłoń w geście gratulacji i powiedział.

-Ale ją zmieszałeś. Ja to bym jej jeszcze bardziej przywalił. Jesteś niesamowity. Jesteś moim idolem. W ogóle nie wiem po co się przesiadałeś, ja by się nie przesiadał, ale i tak nieźle dałeś jej popalić. – i to mówił ktoś kto na jej gniewne spojrzenie nie mógł wyjść do ubikacji i się jej nie sprzeciwił.

Katharsis rosło, gdyż za tym mężczyzną ustawiła się kolejka i wszyscy mężczyźni podchodzili do mnie i podając mi dłoń gratulowali jakbym miał co najmniej urodziny, a z połową tych ludzi nigdy nie rozmawiałem, a niektórzy byli pierwszy raz jak mi się zdawało na zajęciach.

To było coś niebywałego. Prawdziwe katharsis. Czułem jak coś po mnie spływa, jakiś ciężar, jakiegoś piekielnego zaklęcia. Czy ktoś może sobie wyobrazić sytuację, kiedy po kłótni z nauczycielem student wychodzi na przerwę i męska cześć słuchaczy podchodzi do niego i mu gratuluje, a kobiety stoją obok pod ścianą w rzędzie jakby czekały na rozstrzelanie? Jakby znalazły swoje miejsce i skończyła się era agresywnego feminizmu? Zrozumiałe by było, że solidarność uczniów zbiłaby się w jedno, ale z obu płci, a tutaj tylko cześć męska składała gratulacje. Sytuacja wyjęta spod wszelkich schematów i głębokie odczucie ulgi, odczucie, że pech się skończył. Jakby rozgrywał się teatr, nienaturalna sytuacja groteski. Aktorzy i jednocześnie widownia staje się szczerym fanklubem jednego bohatera spektaklu, który raczej odebrał swoją rolę negatywnie. Niepojęte, niezrozumiałe, niewytłumaczalne, niesamowite, niezwykłe zakończenie strasznych doświadczeń. Anulujące, resetujące i niwelujące czar. Gratulacje jak rytuał oczyszczenia. Odczucie jakiegoś przebudzenia, ściągnięcia ciemnej zasłony z oczu. Ta pewność, że czar pecha prysł.

Przekonałem się, że jednak są kobiety, którym nie można bezmyślnie coś nakazywać, nawet jeśli jest to półżartem i taką kobietą jest jevel. Całe zdarzenie wydawało się być jakimś złudzeniem i snem. Miałem jednak ranę na dłoni. Kwit za mandat i za wulkanizację. Również należy zauważyć, że jak najbardziej nie było wszystko bezmyślnym zrządzeniem losu, lecz wyrafinowaną grą. Samo zakończenie miało ścisły związek z wyrażeniem: „Wracaj!” Jak najbardziej była to forma dominacji i jak najbardziej skończyło się to wojną płci, jakby nagle ich umysły połączyły się w jedną świadomość. Zdanie czarnowłosej nauczycielski: „Ja tu jestem górą” – narzucało myśl, że to nie ona przemawia, tylko jakaś demoniczna siła o kobiecej tożsamości. Słowa „Wracaj!” wypowiedziane półżartem wywołały lawinę. Zadziwiające w tym było to, że jeśli magię uznać za coś naturalnego i oczywistego to zbyt nieprzewidywalną reakcją i pochopną wydaje się reakcja jevel i jej żeńskiej świadomości. Jej reakcja na żartobliwą zaczepkę była nieadekwatna do sytuacji. Była jak pobicie za rzucenie papierowego samolotu. Taka właśnie jest jevel, że nie zapomina błędów i po ich uzbieraniu się, wybucha gwałtownie z bezlitosną siłą na najmniejszą i niby nic nie znaczącą iskrę.

Sami sobie wyjaśnijcie jakim cudem to mogło się zdarzyć. Ja nie mam pojęcia, jednak z jevel nie była to ostatnia rozmowa i jeszcze wielokrotnie z nią rozmawiałem, choć wiedziałem, że to jest bardzo niebezpieczne, ale coś mnie ciągnęło do niej. Zastrzegła, żebym nigdy nie ujawniał, że ją znam. Niestety, pomimo grożącej mi niewiadomej z jej strony zemsty, tego nie jestem w stanie spełnić. To jest zbyt niesamowite, żeby zostało przemilczane i zatrzymane w tajemnicy. Ludzkość powinna wiedzieć jaką dysponuje możliwością, bo czym to jest jak nie możliwością, którą należy jak najbardziej rozwijać, lecz tak by nie stała się masową bronią zagłady. Paranormalne zjawiska pojawiają się mgliście i znikają szybciej niż się pojawiły. Może po to by ludzkość trzymać w ciemności, by niszczyć środowisko, by panować nad ludzkimi umysłami. Co by się stało gdyby nagle wszyscy ludzie zaczęli posługiwać się telepatią? Myślę, że upadłby świat bezkarnej władzy i chorych instytucji państwowych, wyzysku socjalistycznego, duchowego i kłamstw wszelkiej maści religii. Tak najlepiej, jak telepatia jest tylko w science fiction oraz wymysłem szaleńców, a dostęp do niej mają tylko władcy poprzez rozwój nowoczesnej technologii sięgającej do umysłu człowieka, która byłaby bezużyteczna i bezwartościowa, gdyby ludzkość posiadła wiedzę tajemną, a może tak naprawdę wiedzę naturalną, wytłumaczalną naukowo, tylko nam wydającą się magiczną. Nowoczesne technologie przestałyby przynosić zysk, a żaden polityk nie utrzymałby się przy władzy ze względu na jawność swoich obłudnych myśli.

 

Może nie tylko patrzymy oczami

Ξ Marzec 26th, 2008 | → 0 Comments | ∇ metafizyka, niewyjaśnione, proza |

p_33_aa.jpg

Miałem wtedy, może 13 lat. Sędziowałem na boisku rzut oszczepem. Stałem w bezpiecznej odległości w miejscu do którego nie mogli dorzucić nastolatki. Potem podchodziłem i zaznaczałem miejsce upadku oszczepu, który czasami się nie wbijał. Po jakimś czasie znudzony przykucnąłem zmęczony tą robotą w takiej odległości do której nikt nie był w stanie dorzucić, nawet dorosły. Mijały minuty i zagłębiłem się w jakieś myśli. Nagle usłyszałem kobiecy krzyk.
-Kubaaaa!!!!!!
Oślepiało mnie wysoko zawieszone letnie słońce, nie wiedziałem o co chodzi i chcąc dojrzeć kto woła, wstając jednocześnie przemieściłem się o jakieś 20 cm może 30 cm w prawo i w tym samym momencie usłyszałem świst. Oszczep trafił dokładnie w miejsce z którego się przemieściłem. Nie ruszyłem z miejsca stóp tylko wstając przemieściłem trochę ciało w prawo tak, że oszczep tkwił nad moją stopą, a obok z lewej strony na wysokości środka mojego brzucha, czyli tam gdzie przed chwilą był mój splot słoneczny – tam tkwił oszczep.
Może później dotarło do mnie, że coś mignęło w słońcu, niewielki cień. Do dziś nie wiem jak to się stało, że zrobiłem ten ruch w prawo. Gdybym go zrobił w lewo, raczej nie pisałbym dziś tego tekstu. Oszczepem rzucił mężczyzna w przerwie pomiędzy rzutami nastolatków i nie zdawał sobie sprawy, że pchnie go tak daleko. Zapewne do dziś drży na samo wspomnienie. Oszczep posiadam w swojej kolekcji. Nikt go nie chciał wziąć, gdy rozpadła się organizacja. Nie przeżyłem dużych emocji  z tym zdarzeniem, myślę, że świadkowie byli pod większym wrażeniem, może dlatego, że ja tego nie widziałem i nie czułem grozy zbliżającego się niebezpiecznego obiektu. Świadomie zobaczyłem go dopiero gdy wbity w ziemię obok mnie kiwał się raz w górę raz w dół, więc jedyne co przeżywałem to samo przesunięcie i dygoczący cienki patyk, który jeszcze nie zdążył urosnąć przerażeniem.

 

Gdy budzisz się i wiesz, że nie śpisz.

Ξ Czerwiec 18th, 2002 | → 6 komentarzy | ∇ niewyjaśnione, proza |

gollum_scupture.jpgdemon11.jpg

Budziłem się powoli, poczułem mrowienie na skórze klatki piersiowej. Spojrzałem w stronę mięśni piersiowych. To wszystko sobie przypominam. Wtedy sobie tego nie uświadomiłem, ale widziałem jak w podczerwieni, wszystko czarnobiałe wyraźnie zarysowane kontury, wszystko jakby szaro – popielate. Na mojej klatce przemieszczała się popielato – niebieska dłoń. Od razu zrozumiałem, że próbuje się dostać do serca. Zaczęła przenikać moją skórę i dlatego tak nieprzyjemnie mrowiło, dotknęła mojego serca, miałem wrażenie, że je ścisnęła na chwilę. Uświadomiłem sobie sytuację jakiegoś niebezpieczeństwa, zagrożenia mojego życia, zawsze wartego walki do ostatniej kropli krwi, choćby dla zabawy, obudziły się we mnie strach, gniew i siła. Strach zagrożenia życia przemienił w potężną energię. Miałem problem z podniesieniem głowy, była cięższa niż normalnie, ale podniosłem ją na wysokość może 5 cm i odwróciłem ją w lewą stronę nadal leżąc. Zobaczyłem to coś. To coś zamarło. Klęczało przy moim łóżku, było nagie, skóra łysa, jakby niebieska, może popielata, nawet mogłoby wyglądać jak Golum z “Władcy Pierścieni”, tak samo kilka długich włosków na głowie, ale nie miało tak wielkiej głowy i skarłowaciałego ciała. Skóra jakby wysuszona, ale osobnik młody, gdyby był człowiekiem miałby jakieś 25 lat tyle co ja wtedy, ale przez tą skórę wysuszoną wyglądał jakby miał z 1000 lat. Oczy czarne, z prawie niewidocznymi białkami, bardziej ciemnymi niż jasnymi, choć tego nie jestem pewien, wyglądał jak człowiek, ale może nawet nie miał białek. Kształt czaszki, jak każda czaszka człowieka, nawet miał linie jak u filozofa przebiegające przez czoło. Zbliżyłem się z pogardą do jego twarzy na odległość 5 cm. Patrząc temu czemuś w oczy. Sam się zdziwiłem tej odwadze, zwykle każdy, na szmer w pokoju najlepiej schowałby się pod poduszkę, ale nie tym razem, bo czułem, że to jest prawdziwe, a nie jakiś tam szmer, który należy zignorować i zasnąć. Przynajmniej było to prawdziwsze niż w zwykłym śnie i bardziej świadome doznanie niż można być tego świadomym w rzeczywistości.

Nie drgnął. Poczułem, że korzystam z jakichś dodatkowych baterii energetycznych, bo miałem wrażenie, że jestem zupełnie wyczerpany. Podniesienie głowy do jego oczu kosztowało mnie jakby całą siłę woli, jakbym był w największej chorobie, ale miałem jakąś dodatkową moc za sobą , czułem tą zbierającą się uśpioną energię, i gdy to coś zacznie walczyć, to uaktywni się siła z emocji i rozerwę to coś na strzępy i nie tylko, ale że będę wiedział nagle co z tym ścierwem zrobić, jakby podświadomie, choć przecież trudno wiedzieć co zrobić z czymś co nie istnieje, lub jest czymś niemożliwym. Wyobraź sobie dziwną istotę której nie znasz i w nocy masz przed sobą przy swoim łóżku. Strach paraliżuje i musisz się z tego uwolnić. Istota jak wampir klęczy nad ciałem, jakby nad pokarmem. Teraz to coś patrzyło mi w oczy, nieruchomo, coraz bardziej tracąc wiarę w siebie. Wtedy odezwałem się pogardliwie, sącząc słowa, jakby były dla niego przekleństwem i pierwszym uderzeniem upodlenia: -Nieee daaasz raadyyy!
Cofnął głowę i szybko ale spokojnie wstał, podszedł do drzwi balkonowych i jeszcze raz popatrzył w moim kierunku. Wydawało mi się, że nie ma genitaliów, ale wtedy o tym nie myślałem, bo czekałem na jego ruch. Wyglądał jakby się wahał, jakby niedowierzał, że mogę nagle wstać i wyzwolić w sobie coś o czym mógł mieć tylko wyobrażenie podobnie jak ja o jego sile. Był cały czas w szoku, przerażony i zdziwiony sytuacją, zaskoczony tym moim przebudzeniem i słowami. Odsunął otwarte drzwi balkonowe i zniknął za nimi.
Opadłem na poduszkę strasznie zmęczony, zrobiło się ciemno i po chwili znowu otwarłem oczy, wtedy doznałem wszystkimi zmysłami prawdziwego przebudzenia, poczułem powietrze i usłyszałem dźwięk uderzających drzwi balkonowych o drzwi wewnętrzne. Odwróciłem głowę z większą łatwością niż przed chwilą, był świt, zasłona odchylona wpuściła jasne światło poranka i drzwi znowu zatrzęsły się sobie właściwym dźwiękiem zamykając się a wraz z nimi zasłona, zanurzając pokój w półmroku świtu. Jakby właśnie ktoś tymi drzwiami wyszedł. Odróżniałem kolory. Czyżbym wtedy wyszedł z ciała? Wiatr, który wtargnął do pokoju, gdy była odsunięta firanka, nie mógł być przyczyną tak mocnego otwarcia drzwi i przymknięcia. Nasłuchiwałem, czy wiatr zrobi to ponownie, czy ma taką moc? Zasłona i firanka dość mocno blokuje drzwi i nawet wychodzący człowiek musi użyć dużo siły, żeby pchnąć drzwi, lub najpierw odsunąć zasłony, a wiatr nie wiał z taką siłą by to mógł zrobić. Byłem potwornie zmęczony. Miałem zdrętwiałe mięśnie, jakby przez jakiś czas nie płynęła przez nie krew tak jak gdy źle śpiąc budzimy się i mamy zdrętwiałą nogę czy rękę, ja miałem zdrętwiałe całe ciało, choć spałem na wznak, więc nigdzie nie było nacisku na tętnicę. Mrowiło mnie serce, choć czułem, że jest jakby żywsze, rozmasowane, jakby jakieś zatkane w nim żyły odetkały się. Nie mogłem się podnieść, zmęczenie było zbyt wielkie. Znowu próbowałem zasnąć, ale gdy już wchodziłem w trans snu i lekko zaszeleściła firanka od wiatru, budziłem się, choć drzwi już się nie uchylały ani razu. Postanowiłem je zamknąć i dopiero wtedy zasnąłem spokojnie, strasznie zmęczony.

 

„Demon 149192632651491”

Ξ Wrzesień 18th, 1999 | → 0 Comments | ∇ niewyjaśnione, proza |

oko3.jpg…szedłem po różowej kostce parkingu schowanego za socjalistyczną architekturą blokową pewnego budynku mieszkalno-urzędniczego, stojącego niepoprawnie wśród zmurszałych, lecz gustownych kamienic z przed II wojny światowej. To było na jesień 1999 roku, ale doskonale to pamiętam. Wodząc zamyślonym wzrokiem po ziemi w krajobrazie kilku nieokreślonych świadomością samochodów osobowych stojących na parkingu, poczułem wzmagający się we mnie gniew, choć wszystkie myśli jakie miałem przed chwilą nie mogły go zbudzić. Odczucie było niezwykłe jakby pochodziło z zewnątrz, jakby w powietrzu unosiła się o ogromnym potencjale nienawiść, lecz określona w niewielkiej objętości czasoprzestrzeni o wartości kilkudziesięciu metrów kwadratowych, jakby powoli ulatniała się, ale jeszcze wisiała w niej swoją gwałtownością i niezrozumiałą furią. Popatrzyłem na samochody i pomyślałem, że gdybym miał kij baseboll-owy, rozbijałbym w nich szyby; to uczucie było tak gwałtowne i nienawistne, tak zmyślnie zwierzęce i zarazem premedytacyjnie demoniczne, że poczułem się bardziej manipulowany przez coś, niż jakbym sam mógł to wymyślić. Zrozumiałem, że poczułem wiszącą w powietrzu natrętną, atakującą z niesamowitą jednomomentową siłą myśl, narzucającą chęć niszczenia szyb w samochodach twardym kijem. Szedłem i patrzyłem zaciekawionym wzrokiem po szybach samochodów i coraz bardziej obserwując siebie jak ekstatyczna chęć, prawie orgiastyczna, a może nawet posiadająca cechy orgazmu, jakichś wiszących w powietrzu feromonów, a może fluidów, próbuje opanować moje ciało. Czymkolwiek to było, fizycznym odbiciem wściekłości jakiegoś człowieka, który był tutaj przede mną, czy czymś niematerialnym i niepojętym, czułem to. Była słaba i jakaś dzika widząc niemożność opanowania mojego ciała, coraz dziksza i zmieniająca formę, coraz wścieklejsza i w ten sposób coraz słabsza, przez to, że wywoływała u mnie bardziej ciekawość, niż bezmyślną reakcję. Zza horyzontu czerwonego samochodu powoli wyłaniało się granatowe seicento, podchodząc nie mogłem doczekać się, aż odsłonią się w każdym aucie szyby; mój wzrok wędrował na szybę seicento, ale ujrzałem tylko to co z niej zostało; potłuczone resztki trzymające się krawędzi, z prześwitującą dziurą ukazującą wnętrze samochodu i z rozsypanymi po siedzeniach kawałkami szkła…-…czasami mógłbym przysiąc, że widzę demony, które stworzył człowiek…, gdybym w nie wierzył. Ktoś kiedyś napisał: „Nie wierzę!, ale to jest prawda”.

 

Czas zmienia czasami tempo

Ξ Sierpień 25th, 1998 | → 0 Comments | ∇ metafizyka, niewyjaśnione, proza |

wspinaczka.jpg

„Codzienność” pomyślał Jacques- „Maź zwykłości i niepowtarzalności zamknięta w kole czasu. Możliwość déjà vu, podobnie, a nawet tak samo palącego słońca i lekkiego wiatru niosącego ze sobą to samo uczucie. Lecz to tylko uczucie, które jeśli jest piękne bardzo trudno zatrzymać dla chwili.”

Jacques podskoczył ociężale i chwycił się prawą ręką chwytu, który znał na pamięć. Szybko podciągnął się i doskoczył do następnego, ale nie czuł się zbyt pewnie. Mięśnie przedramion zaczęły odmawiać posłuszeństwa.

-Grawitacja jest dzisiaj dużo większa niż zwykle – zażartował, ale może to była prawda i chwycił się następnego już wyślizganego uchwytu. Za dużo wkładał w to siły bardziej ufając rękom niż nogom, ale spieszyło mu się i doskoczył do następnego uchwytu. Przy samym szczycie zatrzymał się by odetchnąć.

„-W tym miejscu skała przechodzi w lekki okap i trzeba zastosować techniczną kombinację, a słabe już przedramiona mogą tego nie wytrzymać.” – pomyślał, lecz nie zastanawiał się długo i po chwili prawie wisiał na rękach. Rozłożył odpowiednio swój ciężar na nogi, tak by nie wyrwać lekko kiwających się bloków. „-Siła musi działać w dół , a nie w poziomie od skały. Tak, więc na sam koniec dodatkowy wysiłek na przedramiona i … już na szczycie.”

-Daj luz. – krzyknął.

-Masz luz – odpowiedział mu Jack.

Asekuracja była łatwa do likwidacji.

-Jacques zawieś sobie linę na haku szyny, wtedy będziesz mógł zjechać, a później ją ściągniemy.

-Też tak myślę, ale może się zaklinować.

Popatrzył się na dół na Jack’a.

-Załóż, zobaczymy.

Jacques zarzucił linę o szynę.

-Gotowe. –krzyknął, a Jack pociągnął koniec liny.

-Schodzi, przynajmniej na razie.

-Ok. To wpinam się i zjeżdżam.

Zjazd trwał bardzo krótko, a z rękawiczki unosił się nieprzyjemny swąd przypalonej skóry.

-Oo… nie schodzi.- Jack jeszcze raz pociągnął linę. Nie schodziła. – Co robimy?

-Mamy trzy wyjścia i nie tylko te na ścianie. Możemy też próbować dalej ją ściągać, aż coś puści, ale nie mamy zbyt dużo praktycznych możliwości, a właściwie jest to tylko jedna możliwość. – produkował się w półżarcie, ale bardzie z irytacji.

-Trzeba wyjść ścieżką i zrzucić linę. – oznajmił Jack.

-Tak, ale zapraktykuję coś nowego.

-A mianowicie?

-Mianowicie, prusik.

-Eeee po co?

Jacques popatrzył się na Jack’a i wtedy zrozumiał, że Jack wie po co, a pytanie zadał dla niego.

-Jestem wybułowany, ale myślę, że dam radę.

Dwie żyły liny, po nieudanych próbach ściągnięcia, leżały po obu stronach wiszącego bloku. Kilka podrzutów zbliżyło je do siebie.

-Resztę trzeba będzie zrobić w trakcie wychodzenia. – oznajmił Jacques i wiedział, że musi to zrobić, ale coś poza świadomością drażniło go, że to nie to i nie po takim wysiłku. Nie będzie miał asekuracji poza prusikiem, węzłem samozaciskowym, a później jeszcze na ścianie trzeba złożyć do siebie obie żyły, aby wychodzić dalej. Zbyt daleko na prawo przesunęli linę, a teraz jeszcze bardziej zaklinowała się i to na dość trudnym do wyjścia odcinku.

-Tam na górze- wskazał palcem Jacques i jakby mówił do siebie próbując przekonać się, że dzisiaj już powinien dać sobie spokój i ściągnąć linę w normalny sposób.- Tam jest ponad „pięć plus” i to na same przedramiona. –przyglądał się nie mając już żadnej chęci do wychodzenia, ale wiedział, że to organizm, układ nerwowy broni się i ostrzega, ale on sam może zrobić wszystko. To on, a nie organizm kieruje wszystkim, wystarczy wykroczyć poza zwykłą świadomość. Założył prusik na linie.

-Pamiętaj …– krzyknął do niego Jack- … jakbyś odpadł nie chwytaj się prusika.

-Wiem.

-Jeśli go chwycisz nie zaciśnie się i spadniesz. – przypomniał mu ponownie.

-Nie mam zamiaru odpadać, bo wtedy bym nie wychodził.

Wysunął prawą rękę w kierunku wypatrzonego uchwytu dotąd nieznanej drogi.

-To ciekawe. Mam wrażenie, że ta droga prowadzi tylko w górę. – powiedział Jacques i podciągnął się wyżej. Teraz prusik był poniżej jego kolan i musiał podciągnąć węzeł do góry. Wymagało to sporej gimnastyki, bo teoretycznie musiał mieć jedną wolną rękę, a kiedy węzeł nie chciał się przesuwać – irytacja mogła nieść ze sobą dodatkowe zmęczenie.

Prusikowanie stawało się coraz bardziej uciążliwe i frasujące. Na wysokości siedmiu metrów ściana minimalnie pochylała się ku ziemi. Z pewnej odległości nie było to widoczne, ale doskonale teraz wyczuwalne dla Jacques’a. Przedramiona zaczęły palić gorącym bólem, a musiał jeszcze podciągnąć prusika. Prawą ręką podciągnął go tylko o pół metra, gdy nagle lewa ręka całkowicie zdrętwiała z wycieńczenia i musiał gwałtownym ruchem pomóc sobie drugą, by utrzymać się na skale. Musiał znaleźć lepsze oparcie, żeby wyciągnąć wyżej prusik, ale skała stawała się trudniejsza, a zbyt długie zastanawianie się męczyło coraz bardziej mięśnie. Wzrok stał się jeszcze bardziej nerwowy i mniej dokładny. Ostatnie zapasy energii na znalezienie jakiejś bazy odpoczynkowej, kończyły się z szybkością wzrastającej temperatury ciała. Wzrok zaczynał biegać raz na oddalający się prusik, raz za uchwytem w którym można by znaleźć odpowiednie oparcie. Niedokładne spojrzenie. „Jakaś klama. Z dołu wygląda na dość dużą.” Nie ma czasu na wybadanie jej ręką. Szybki przechwyt i palce dotykają sporego występu. Już cała dłoń próbuje opleść się wokół dziwnego uchwytu. Nagle przebłysk szybkiej informacji. Nagle świadomość, że to nie uchwyt, lecz śliska płaszczyzna pochylona pod kątem 45 stopni z dołu wyglądająca na sporą klamę. Koniec siły i koniec energii, lecz opuszki palców próbują wyczuć na uchwycie chociaż najmniejsze zagłębienie. Chociaż najmniejszą chropowatość. Dłoń coraz szybciej zsuwa się ze skały. Wzrok prawie w półśnie jeszcze bada ścianę, która coraz szybciej zaczyna przesuwać się przed oczami. Tylko, czarny węzeł, jeszcze rozluźniony na linie. „-Półtora metra lotu i statycznego upadku. To jak skoczyć z wysokości trzech metrów.” –przestraszył się i sięgnął w śnie po czarny węzeł. Złapał go. Dlaczego? Jak jabłko z zakazanego drzewa węzeł zaczynał ogrzewać i palić w dłoń. Dźwięk, powietrza. Nie, to dźwięk liny coraz szybciej sunącej pod dłonią. Skała zlewa się i robi się coraz bardziej jednolita. To prędkość. Jakiś w głowie niezrozumiały głos.

„-Puść ten węzeł.”

„-Skąd ten głos.”- Jacques zastanawiał się.- „ – Nigdy go nie słyszałem.” – teraz myślał do siebie- „-Skała syczy. Nie to nie skała to węzeł na linie i ręka na nim zaciśnięta. Zlane kolory skały jak maź biało czarna, jak nie rozmieszane dwie farby, jak smugi czarnych linii na białym wapieniu, coraz szybciej, coraz bardziej równe. Coraz bardziej piękniejsze. Coraz bardziej fascynujące.

„-Puść węzeł i zaufaj” – jakiś wewnętrzny głos? – zastanawiał się – „To nie mój głos”

„-Zaufać jednemu węzłowi? Wcześniej nauczę się latać” – popatrzył na zaciśniętą dłoń i zdało mu się, że widzi dym, ale nagle zrozumiał, że to umysł stworzył takie wyobrażenie, jednak chciał powąchać i przybliżyć się do węzła, chciał poczuć swąd. Chciał poczuć, czy naprawdę widzi dym, który przy prędkości zamieniał się w prawie niewidoczną smugę. Myśl nagle znikła jakby sama wiedziała, że nie może być teraz zrealizowana. „-Później-„ powiedział do siebie „- bo czas biegnie w setnych sekundach. Słyszę go, choć teraz tak wolno płynie.

Nie mogę dłużej zwlekać. Nie mogę.”

„-Puść węzeł.”

„-Wiem. Czuję. Jeszcze metr do ziemi. Już ziemia. Szarpnie. To nienormalne. Mam się puścić, żeby przeżyć. – czas płynął w nierzeczywistym tempie – To nienormalne.

Dłoń niepewnie rozluźniła się na węźle, który gwałtownie się zacisnął. Nagle potworne szarpnięcie. W głowię tylko szczęk kręgów w krzyżu, gdzie pas uprzęży zaciągnięty nad biodrami. Tylko szczęk. Jakiś ból. Ból niezrozumiałej głupoty. Jacques wyprostował się i usiadł w uprzęży. Nie potrafił uwierzyć i wytłumaczyć tego, że jeszcze żyje. Gdy wyprostował nogi, końcami butów dotykał ziemi. Był wykończony, potwornie zmęczony. Dotknął lekko dłonią skały, jakby chciał zrozumieć, ale nie potrafił. Prawa ręka była poparzona w miejscach w których stykała się z liną. Błędny wzrok poszukujący oparcia w pustce, poszukujący realnego wytłumaczenia, usprawiedliwienia błędnej uwarunkowanej reakcji. Uwarunkowanej strachem i ograniczeniem umysłu, wiary w coś co istnieje, ale tak naprawdę tego niema jeśli się temu nie zaufa. Materialny węzeł, który działa tylko wtedy, gdy jest dokładnie przemyślany, gdy umysł i siła woli jest większa od uwarunkowań i stereotypów i najlepiej kiedy wolność polega na całkowitym zaufaniu. Co oznacza, że czasami trzeba się puścić, żeby przeżyć. To było magiczne puścić się w momencie warunkowego skurczu, przełamać barierę i zapanować nad instynktem.

Jacques popatrzył w stronę Jacka przenikliwym wzrokiem i zapytał.

-Mówiłeś coś przed chwilą?

Jack miał przez chwilę otwarte usta i wreszcie odezwał się, jakby zastanawiał się czego dotyczy pytanie.

-Nie… nic nie mówiłem.

-Nie mówiłeś trzy razy jak spadałem puść ten prusik?

-Nie… ? …

P.S.

Spadanie ze skały mogło trwać dwie sekundy, najwyżej 2,5 s w odczuciu trwało 10 sekund. Niektórzy sportowcy doświadczyli czegoś co zostało nazwane stan płynięcia, kiedy wydawało im się, że czas zwolnił, wtedy osiągali niezwykłe wyniki, często były to ich życiowe rekordy.