Wiedźmy i ich miłość
Ξ Marzec 26th, 2008 | → 0 Comments | ∇ metafizyka, niewyjaśnione, proza |
Zaczęło się to w roku
To był niezwykły dzień. Ten dzień zmienił moje postrzeganie rzeczywistości. Może później wrócę do opisania tego dnia. Teraz tylko przytoczę teksty kobiety, która jako pierwsza ujawniła dziwną wiedzę, którą zacząłem namiętnie tropić.
Powiedziała:
-Wiedziałam co się stanie.
Na pytanie dlaczego temu nie zapobiegła, odpowiedziała.
-Bo nie wierzyłam, że to może stać się prawdą. 13 w piątek chodzi się do wróżki, ale żeby się sprawdziło nie wolno tego powtórzyć przed wydarzeniem. W taki dzień spełniają się pragnienia. A ja pragnęłam się do Ciebie zbliżyć. Popatrz na to z tej strony. Gdybym zapobiegła temu, nie poznałbyś mnie.
Zastanawiałem się wiele razy kim tak naprawdę była. Czy była wiedźmą? Czarownicą?
Na pewno była nieprzeciętnie inteligentną seksowną blondynką. Owijała mnie w swój kokon głównie kłamstwami, pochłaniała umysł, przyciągała jak magnes metal, ale wśród jej kłamstw można było doszukać się ziarenka prawdy, które potem można dopasować do już zdobytej wiarygodnej wiedzy o niezwykłości rzeczywistości. Szukałem, a ona zdawała się posiadać odpowiedzi na pytania, a może tylko kłamała, żeby mnie za sobą pociągać. Musiało ją to drażnić, że traktowałem ją jak dziecko, bo chyba tak było, może dlatego, że była o 3 lata młodsza. Szukałem czegoś więcej, ponad materią i ona to wiedziała. Ale zostawmy sprawy między mną, a nią. Zajmijmy się tropieniem niewyjaśnionego, by to choć trochę zrozumieć. Ktoś musiał tą rzeczywistością kierować, ktoś musiał być odpowiedzialny za to co się zdarza.
-Wróżka powiedziała, że dasz mi coś, czego nikt nie może mi dać. – mówiła, miała na imię Katrine.
Wściekałem się i pytałem.
-Co jeszcze powiedziała Ci ta wiedźma? Powiedz mi gdzie mieszka.
Powoli wyciągałem z niej informacje, bardzo ciekawe informacje, ale musiałem przesiewać je także przez tony jej kłamstw.
-Powiedziała, że zakochasz się w czarnej.
-Co? W ciemnoskórej. Z czarnymi włosami?
-Nie wiem.
Przynajmniej czegoś nie wiedziała. Wciągnęła mnie wiedza tajemna… ktoś najwyraźniej ją posiadał, ale nie miałem dowodów, jednak fakty mówiły za siebie.
Rozstaliśmy się po jakimś czasie, ale stworzyłem książkę w której wymyśliłem inną bohaterkę o imieniu Ivhes i faktycznie dałem jej tę książkę. Sprawdziła się przepowiednia, że dam jej coś czego nikt jej nie da. Książkę, ale sam nie wiem czy chodziło o nią, przecież mój czas się jeszcze nie skończył. Może dałem jej coś jeszcze, uczucie, emocje?
W tych latach zaczął rozpowszechniać się Internet. Dość popularny stawał się komunikator Mirc. Zacząłem przebywać na kanale #filozofia. Pod nickiem Jacques. Na początku nie odzywałem się, bo uznałem, że na filozofii zapewne siedzą ludzie o nieprostych umysłach, więc wolałem przypatrywać się pojawiającym tekstom. Na kanale zawsze przebywała osoba o nicku jevel. Nie miałem pojęcia kim jest, ani nie wiedziałem co znaczy nick. Miałem jednak dziwne i niewytłumaczalne przeświadczenie, że ta osoba mnie obserwuje. Jevel nie odzywała się podobnie jak ja. Mijały dni, może minął aż tydzień. Milczeliśmy oboje i zapewne czuliśmy na sobie swój wzrok. To było dziwne doświadczenie na poziomie psychiki. Nie widzieć się, a czuć przyciąganie. Czasami, może przez zmęczenie wydawało się, że nasze nicki zlewają się i łączą. Mogło to wyglądać tak jak poniżej. Czasami ktoś wchodził pomiędzy nas jeśli jego nick zaczynał się na Je- lub Ja- ale rzadko.
Litera q stykała się z jej l, lub gdy ja zmieniłem na małe j, a ona na duże J. Ale czasami naprawdę jakby naginał się obraz na ekranie jak nagina grawitacja rzeczywistość i wtedy j stykały się, choć to już mogło być złudzenie, lub jakieś załamanie programu, albo dyfrakcja fali poprzez zakurzony ekran. Jakkolwiek się to działo, umysł interpretował to jednoznacznie. To jakaś elektroniczna milcząca przytulanka i to jej j krzywiło się niewytłumaczalnie. Wszystko mogło być oczywiście złudzeniem z powodu zmęczenia od nadmiaru czytania tekstu, ale jak można zakochać się w nicku? Można. Czasami my prawdziwi mężczyźni zakochujemy się w autach, zwłaszcza jeśli jest to BMW i ma co najmniej 300KM. Maniacy rowerowi jak jedzie seksowna blondynka na rowerze bez bluzki zapamiętują jedynie markę roweru. Zapewniam, że tak właśnie jest. Niektóre kobiety zakochują się tylko w Kubach. Mnie pociągał ten pseudonim – jevel. Taki prosty i tak tajemniczy, idealnie wręcz symetryczny. Po odrzuceniu j i l pozostaje nam eve. Ewa była pierwszą kobietą i znaczy “dająca życie”. Inna wersja Ewy to Jewa, lub Hawwa. Wszystko brzmi jak Ivhes. Podobieństwo do tego co sami tworzymy musi nurtować jeszcze bardziej. Zadajemy sobie wtedy pytanie na ile możemy wpływać na rzeczywistość, lub na ile przyszłość wpływa na przeszłość i tym samym na nasze możliwości przewidywania przyszłości.
Zacząłem sobie wyobrażać jevel. Jej nick brzmiał ostro i kojarzyłem go z hebrajską kulturą. Byłem pewien, że jest to kobieta i wyobrażałem ją sobie ubraną w bordową sukienkę, kolor władzy, a jej włosy są czarne jak smoła, a skór biała jak śnieg. Kojarzyła mi się jak Mała Mi z Muminków, złośliwa malutka istotka, którą trzeba ujarzmić, żeby stała się milutka.W jakiś sposób podświadomy bałem się jej i później jak się okazało nie były to bezpodstawne obawy.
Pewnego dnia, zauważyłem, że rozwinął się temat na który posiadałem wiedzę i raczej argumenty jakie w nim padały były żałosne. Odezwałem się pierwszy raz na kanale, ale nikt nie odpowiedział, poza jedną osobą. Odpowiedziała tak szybko, że sam nie wiem czy zdołałbym tak szybko napisać to na klawiaturze. To było nieprawdopodobne, bo przecież wcześniej milczała jakby była botem. Jej pierwszego tekstu na głównym kanale nie zapomnę. Powiedziała: „-No wreszcie…” Czyżby specjalnie milczała i czekała, aż się odezwę?
Zatkało mnie. Poczułem się obrażony. Nic nie odpowiedziałem i udawałem, że nie zauważyłem jej tekstu, ale jej osobowość jeszcze bardziej zaczęła mnie nurtować. Zanim się odezwała już kochałem jej nick, teraz czułem, że kocham jej osobowość, jej wścibskość, wtrącanie się w życie nieznajomego i jej chamskość, jej grę. Tak, jak milczała tak nagle z jakąś przyjaciółką Roxaną zaczęła na głównym kanale erotyczny spektakl werbalny. Każdy facet na jej wyrafinowaną grę słów śliniłby się bez opamiętania. Kusiła jak diablica z piekła rodem z najwyższego szczebla hierarchii. Emocje były niezwykłe, bo bałem się jej i jeszcze nie spotkałem kobiety tak żywiołowej, która upatrzyła sobie dokładnie wybraną z wielu ofiarę, nie widząc jej poza jej imieniem, a jednak ewidentnie pewna swego i ofiary. Jej słowa przyciągały moją uwagę, zwłaszcza takie, które mogły świadczyć o tym, że ona coś wie na temat, który tropiłem. Mówiła: -Widzę Cię. -Piłam krew. –Już robiłam i widziałam wszystko, nic chyba mnie nie zdziwi.
Wszystko stawało się straszne i niezwykłe, a jej nick był zbieżny z wymyśloną przeze mnie kobietą. Ivhes=jevel. Co łączy te imiona? Obie składają się z pięciu liter. Obie mają literę v która była sednem imienia. Obie zaczynają się na literę, która w hebrajskim jest podobna. Zbieżność bardzo wysoka. Wibracja imienia jevel jest również niezwykła to 9 dla ducha, 9 dla psychiki i 9 dla ciała. Co daje
Moje odczucia okazały się prawidłowe jeśli chodzi o jej charakter. Teraz należało się dowiedzieć czy jest czarna, jak z przepowiedni Katrine. Jednak nie miało znaczenia czy jest czarna, byłem pewien, że do niej coś czuję, a moja podświadomość się nie myli, bo to było zbyt silne. Nigdy jej nie widziałem na oczy, a moja fascynacja nią osiągnęła szczytu. Byłem pewien, że to jest niezwykłe, że emocje muszą być oczami, że podświadomość jest trzecim okiem i wie coś czego sam jeszcze nie wiem, ale to czuję. Musiałem tam wchodzić, bo ona tam była. Zbliżała się powoli do mnie. Jednak udawałem, że nie rusza mnie jej teatr. Nie mogłem przełamać tego dystansu w komunikacji słownej poza obserwacją, zresztą gdy próbowałem go nawiązać ona jakby specjalnie uderzała w jakiś gong i cała rozmowa rozbijała się o całkiem inną materię. Może doskonale podświadomość zdawała sobie sprawę z tego, że mam do czynienia z dziką lwicą. Obrażanie się wzięło górę i nie mogliśmy się dogadać. Byłem jej bardzo ciekaw i wydawało mi się, że ona potrafi przenikać myśli. Zbliżała się i jednocześnie gdy sam próbowałem się zbliżyć okazywała się potworem dla delikatnych emocji. Była jak wściekła żmija o języku jak ostry sztylet. Jej umysł znał słowa niezwykłe i używała ich jak szybki zabójca. O tak! Korespondowałem z nią i pewnego razu wybrałem się do jej miasta odległego o 700km, ale nie spotkałem się z nią tylko z inną. Dowiedziała się o tym i podpadłem jej jeszcze bardziej. Jak pies z kotem, mogliby żyć razem, bo żadne drugiego nie zje, ale wolą ze sobą walczyć. Mijały miesiące i nadal nie wiedziałem jak wygląda. Niezwykłe w tym wszystkim także było to, że gdy wreszcie się dowiedziałem jak wygląda, zobaczyłem osobę którą widziałem już wcześniej w wyobraźni. Wreszcie nadeszły dni, kiedy zmiękło jej serce, nie trwało to długo, bo jak zwykle znowu wystawiłem jej cierpliwość na próbę. To było podświadome testowanie, jakbym chciał się o czymś przekonać. Oczywiście nie wziąłem poprawki na jej bezkompromisową osobowość i okazało się, że ona nie ma litości, a jej gniew może wiele i właśnie to chciałem się podświadomie dowiedzieć. Nie słowa jej jak sztylety okazały się najgorsze, ale to co się wydarzyło.
Asmodeusz, Aeszma, w biblijnej Księdze Tobiasza zły duch, który spowodował śmierć 7 małżonków Sary, zanim została żoną Tobiasza. Odstraszony Asmodeusz w sposób podany Tobiaszowi przez anioła Rafaela (Rafała), tj. zapachem palonej rybiej wątroby, uciekł na pustynię Górnego Egiptu.
W literaturze rabinicznej pojawia się jako Aszmedaj (od hebr. szamad – szkodzić, niszczyć), uchodzi za króla demonów. Uważany bywa za odpowiednik Aeszma Dewy – przywódcy 7 duchów zła, gniewu i zniszczenia towarzyszących Angra Mainju.
Wszedł pewnego razu ktoś taki na kanał o imieniu Asmodeusz, wydawało się, że jevel doskonale się z nim zna. Powalczyliśmy ze sobą na słowa, ale nic więcej się nie wydarzyło. Jak dla mnie to była imitacja za którą krył się pozbawiony inteligencji człowieczek. Oczywiście przekopałem informacje na temat tej postaci i przynajmniej miałem o tym jakieś pojęcie. Przynajmniej to był jakiś ślad w moim dochodzeniu do prawdy, jakakolwiek choć absurdalna to jednak jakaś informacja. Może to był dopiero przedsmak tego co miało się zdarzyć. Nakarmiła mnie mitologią biblijną. Może to był klucz do jej sukcesu? Samosugestia… Zresztą karmiła mnie nie tylko mitologią biblijną, ale i inną fikcją. Jedną z nich była książka Josepha Conrada „Lord Jim”. Pisała, że to jej ulubiona książka. Oczywiście w poszukiwaniu informacji połknąłem tę książkę jednym tchem. Moją uwagę w tej książce przykuły dwie ważne rzeczy. Pierwsza to pierścień władzy z którego rezygnuje Jim (po angielsku znaczy Jakub) i w efekcie pewnych okoliczności ginie. Pierścień władzy przewija się też przez moją ulubioną twórczość antytotalitarną i antyinstytucjonalną w Tolkienie „Władca pierścieni”. Drugą rzeczą która się rzuciła w oczy to imię jevel, czyli klejnot jak nazywał Jim swoją ukochaną. Jevel przewidziała, że Jim może zginąć, ale on jej nie słuchał, bo jego honor nie pozwalał mu na ucieczkę, którą ona zorganizowała. Jim ginie, a ona staje się zimna jak głaz i zapowiada, że nigdy mu tego nie wybaczy. Nigdy!
Nastały dni kiedy jej wściekłość osiągnęła maksimum. Nie będę wchodził w szczegóły, ale kilka dni wcześniej w jakimś granginioolwym transie powiedziałem, że kocham inną. O tak! Nie wiecie co potrafi wściekła lwica, która operuje i szermuje tak zmyślnymi słowami jak chirurg i jednocześnie rzeźnik ze skalpelem i bynajmniej nie są to przekleństwa. Nie pamiętam tego i nie jestem w stanie opisać jej ciosów przy pomocy słów, możliwe, że wymazałem to z pamięci i tylko jakieś ułamki tych zdarzeń plątają się w umyśle. Można nawet bez przesady porównać to do ciosów boksera po których ciężko się podnieść, tyle, że one bolą przez chwilę i potem traci się przytomność, a jej bolały przez tygodnie bez kojącej utraty przytomności. To dziwna mieszanka emocji jakie wywoływała potrafiła wstrząsać psychiką.
W pewien pochmurny dzień po wymianie zdań, z tymże wymiana wyglądała bardziej jak rozmowa skruszonego królika z lwicą… a potem wyszła bez słowa z kanału filozofii, wtedy rozgniewany wyraziłem ponownie swój ukryty dominujący męski stosunek do zdobyczy, jakby na to nie patrzeć będący w naturze każdego prawdziwego mężczyzny, ale mimo wszystko stłamszony przez doświadczenie jej siły jak na razie tylko werbalnej, ale zapewniam, że niewytłumaczalnie mocnej.
Powiedziałem:
-Wracaj! – nie brzmiało to obraźliwie poza siłą jaką wyrażało. I wtedy ktoś wszedł na kanał o nicku wydającym się być męskim, ale nie pamiętam nazwy.
-Do kogo to powiedziałeś? – odezwał się.
Zastanawiałem się chwilę, bo tekst nie brzmiał przyjaźnie, ale nie miałem powodu by nie odpowiedzieć, ani udawać, że nie do mnie skierowane są słowa, a zwłaszcza, że zaciekawił mnie i czułem, że ma to jakiś związek z interesującym mnie zjawiskiem.
-Do jevel.
-Będziesz miał pecha. – odpowiedział. Wtedy mój gniew osiągnął apogeum. Siedziałem wtedy w kawiarence internetowej i pomyślałem, że ktoś po prostu zaglądnął w nasze rozmowy i sobie robi żarty. W dodatku bawi się sugestią. Chciałem go dorwać w swoje ręce.
-Ja nie mam pecha – odpowiedziałem – Ja nigdy nie mam pecha.
-To zobaczysz- ten ktoś wyszedł z kanału i nie zdążyłem mu powiedzieć, że to on będzie miał pecha jak go spotkam, żeby spróbować odwrócić sugestię, jeżeli w ogóle cos takiego istniało jak samospełniające się proroctwo.
Zirytowałem się do takiego stopnia, że wyłączyłem komputer i jeszcze rozglądnąłem się po stanowiskach, miałem nadzieję, że ten ktoś się ujawni poprzez błąd w mowie ciała i co najmniej nastraszę go, ale nikt taki mi się nie rzucił w oczy, jedynie administrator zdradzał jakiś strach, wibrował jak Judasz, jak jakiś sprzedawczyk i konfident, ale to nie było wystarczające by zrobić awanturę. To tylko mogła być imaginacja jego zdradzieckiej mowy ciała. Wyszedłem z kawiarenki. Wsiadłem do Fiata 126p i ruszyłem do domu.
Nie ujechałem
Włożyłem podnośnik pod dorobiony wzmacniany próg podrasowanego samochodu i zacząłem kręcić. Samochód podniósł się nieznacznie. Wtem, podnośnik ześlizgnął się z dorabianego progu i oparł na drugim oryginalnym, przytrzaskując jednocześnie moją dłoń. Doznałem szoku. Opona, deszcz i teraz przytrzaśnięta dłoń pod własnym samochodem. Co jeszcze może się zdarzyć? Próbowałem wyswobodzić dłoń, ale była zbyt mocno przytrzaśnięta i mogłem wyrwać przez to kawał skóry razem z palcem wskazującym. Trzeba podnieść samochód. Wtem z lewej strony usłyszałem kroki. Popatrzyłem w tym kierunku i zobaczyłem starszą kobietę w moherowym bordowym berecie i brązowym płaszczu. Szła chodnikiem w moim kierunku i gdy zbliżyła się na odległość
-Jak ty się namęczysz.
Tego było za wiele. Nie odezwałem się, udawałem, że wszystko jest w porządku. Zaraz podniosę samochód i wyciągnę dłoń, tylko niech przejdzie i już mnie nie dręczy swoim spojrzeniem. Przechodziła za moimi plecami, a ja udawałem, że coś wyciągam spod samochodu. Nie miałem zamiaru jej się tłumaczyć, a jeśli nawet potrzebowałem pomocy to nic by nie pomogła, bo nie podniesie samochodu. Przeszła. Odwróciłem się w prawo by zobaczyć gdzie idzie, ale nie było jej. Zniknęła.
Tego było za wiele. Myślałem tylko o jednym jak dopaść tego gościa, który rzuca takimi sugestiami, czy zaklęciami. Gdybym go miał w swoich rękach to on mógłby tego nie przeżyć. Gniew i chęć dopadnięcia tego pasożyta była tak wielka, że gdy przymierzyłem się jeszcze raz do podniesienia samochodu, podciągnąłem go na bicepsie o dwa centymetry i wyszarpnąłem lewą dłoń spod zatrzasku.
To przekraczało ludzkie pojmowanie. Przez chwilę próbowałem się uspokoić. Potem skoncentrowałem się i powoli kontrolując każdy ruch wymieniłem koło w samochodzie. Pozostało przy statystycznie prawdopodobnym i dużym zagrożeniu życia kontynuować jazdę. Na każdym skrzyżowaniu zanim z niego wyjechałem sprawdziłem trzy razy czy coś nie jedzie i to z taką szybkością, że aż przesadziłem z bezpieczeństwem, ale było pusto. W drodze nie spotkałem ani jednego mijającego mnie samochodu. Gdy dotarłem do domu postanowiłem wskoczyć pod prysznic, żeby się zrelaksować. Chwyciłem za pokrętło podgrzewacza wody i przekręciłem go. Lampka zaświeciła się po czym usłyszałem dźwięk zwarcia i lampka zgasła… To była fikcja, o takich rzeczach można czytać wymyślonych przez bajkopisarza, lub autora science fiction… Z prysznica płynęła zimna woda i obudziłaby nieboszczyka, a tym bardziej śniącego najtwardszy sen.
Pewne zdarzenia można uznać za zbieg okoliczności, jeśli jest więcej dziwnych zdarzeń można zastanawiać się nad paranormalnym zjawiskiem, ale jeśli niewyjaśnionych zdarzeń jest zbyt dużo, to rzeczywistość zaczyna się jawić jak imaginacja umysłu. Postanowiłem to przeczekać do jutra. Jutro ten koszmar powinien się skończyć. Może byłem zbyt zmęczony i zbyt rozdrażniony. Tak przynajmniej myślałem, bo wszystko co się wydarzyło do tej pory przekraczało granicę absurdu i nie mogło trwać w nieskończoność.
Kolejny dzień sobota, zaczynał się jak zwykle. Z początku świeciło słońce. Jechałem do szkoły na 9:00. Miałem do przejechania
Następnego dnia przyjechałem do szkoły bez większych komplikacji i nawet miejsce znalazło się bardzo przyzwoite na parkingu. Napięcie opadło dzięki tej dużo lepszej od wczorajszej sytuacji.
Była 9:15, zapukałem do sali wykładowej i wszedłem.
-Dzień dobry. Przepraszam za spóźnienie. – powiedziałem i ruszyłem w stronę stałego miejsca w którym siedziałem od początku semestru.
-Chociaż raz mógłbyś się nie spóźnić- piękna, młoda i czarnowłosa nauczycielka zadarła do góry nosek. Zmyliło mnie to dobre miejsce parkingowe – pomyślałem. A więc się nie skończyło – myślałem, a napięcie we mnie rosło. Jak tylko pomyślałem o minionych dwóch dniach, a zwłaszcza o wczorajszym mandacie i tym, z jestem do tyło o 100zł, zacząłem znów tykać jak bomba zegarowa. Teraz ta wiedźma zaczęła się czepiać. Może to tylko sen?
-Przecież przeprosiłem za spóźnienie. – odpowiedziałem jeszcze spokojnie i uprzejmie, ale ze wzrokiem seryjnego zabójcy.
-Tak wiem o tym, ale mógłbyś się nie spóźniać.
Postanowiłem przemilczeć tę uwagę, byłem chodzącą bombą zegarową, może nawet atomową, a ona nie wiedziała z czym zadziera.
Wszedłem w ostatni rząd ławek, tam gdzie zwykle siedziałem, jednak zauważyłem, że ławki zostały przesunięte bardziej do ściany i teraz było ciężko się tam dostać. Siedziałem zawsze na trzeciego z dwiema koleżankami, jedna była brunetką, a druga blondynką.
-Co tu się dzieje, że tak ciasno? – zapytałem na głos, czując, że coś się święci niedobrego.
Siedziałem na trzeciego, gdyż na samym początku studentów było tak dużo, że zabrakło by ławek w sali, gdyby siedzieli po dwóch. Z przyzwyczajenia siadłem tam gdzie zwykle i nie widziałem w tym nic dziwnego.
-Czy mógłbyś się przesiąść – usłyszałem głos nauczycielki.
W tym momencie moje delikatne i wyrozumiałe usposobienie pękło.
-Zawsze tutaj siedziałem, więc nie widzę powodu, żebym się przesiadał.- odpowiedziałem.
-Teraz się wszystko zmieniło i proszę, abyś się przesiadł, gdzie indziej.
Nie wiedziałem tak naprawdę o co idzie. Co się dzieje, ale coraz bardziej byłem zirytowany i coraz bardziej bez hamulców.
-Przeprosiłem za spóźnienie, o co Pani chodzi?
-Tak przeprosiłeś, ale ileż razy można przepraszać?
Nie wytrzymałem.
-Nie wiem – podniosłem trochę ton głosu – Może 77?
Nagle sala wybuchła śmiechem. Ja też przez chwilę uśmiechałem się do siebie, czując, że tekst był niezły, ale miałem w tym głębszą treść przekazu. Chodziło mi o to, że w Biblii, Chrystus sugerował, by 77 razy wybaczać, a ona chciała dowiedzieć się ile razy można przepraszać. Było dla mnie oczywiste, że na przeprosiny nigdy nie jest za późno i raczej jest to nielimitowana opcja. Przepraszanie jest czymś naturalnym i czymś co należałoby robić jak najczęściej, a ona się mnie pyta ile można razy przepraszać.
Nauczycielkę na chwilę zatkało, ale już po chwili przekonałem się, że jest to twarda sztuka.
-Nie będę prowadzić zajęć dopóki się nie przesiądziesz.
Kipiałem ze złości. Ona sobie do mnie leci jak do jakiegoś chłystka, a ja się zastanawiam, czy nie spadnie mi cegła na głowę w drewnianym kościele do którego nie chodzę. Zastanawiałem się czy za kilka godzin będę jeszcze żył, gdy skumuluje się apogeum jakiejś nieznanej i niezrozumiałej mi siły, a ona tutaj odprawia szopkę, jakby była w zmowie z jakąś sektą, która postanowiła mi zrobić jakiś niewytłumaczalny akt agresji.
-W takim razie niech się pani przeniesie do przedszkola – uderzyłem już mocniej licząc, że wiedźma da sobie wreszcie spokój.
-Opuść tę salę.
-Nie opuszczę zajęć bo za nie płacę.
Zreflektowała się, ale po chwili zaczęła swoje.
-Ja tutaj jestem górą – powiedziała.
W tym momencie straciłem już nad sobą kontrolę, ale jeszcze dwa razy zastanowiłem się zanim rzuciłem kolejne słowa. Ona nadal nalegała.
-Albo się przesiądziesz, albo nie będę prowadzić zajęć.
-Nie obchodzą mnie, pani problemy osobiste. – zaakcentowałem słowa problemy osobiste w bardzo stanowczy sposób. Koleżanki siedzące obok tym razem zareagowały.
-O nie. Teraz przegiąłeś. – Najwyraźniej zrozumiały, że miałem na myśli kobiecą agresję w okresie owulacji.
-Przesiądź się. – zaczęły nalegać koleżanki.
Tak właśnie. Naraziłem się całej populacji samic w tej sali. Ich solidarność jajników odezwała się w sposób naturalny.
Przeżywałem swoisty katharsis. Płynęły przez mnie myśli jak burza. Jednak z koleżankami nie miałem zamiaru zadzierać, jeżeli one już nalegały to oznaczało, że naprawdę gdzieś przeciągnąłem strunę, choć przecież nie z mojej winy. To już nie był pech, to była jakaś wojna. Tutaj polała się krew z emocji. Byłem gotowy na wszystko, nawet na śmierć, ale nie na walkę z całą populacją gniewnych kobiet. Nie rozumiałem o co w tym chodzi. Przyszedłem na wykłady i chciałem mieć święty spokój, a one ze mną walczyły, choć im nic nie zrobiłem. Czarnowłosa nauczycielka, która spoglądała czasami na mnie oczami wampa, teraz wygadywała jakieś bzdury o swojej dominacji i władzy. Przesiadłem się. Trwałem w jakimś amoku i nie potrafiłem z tego wyjść. Czarnowłosa wygrała, grała twardą, choć było widać jakąś jej wewnętrzną przemianę to jednak bił z niej chłód, jakby cała sytuacja nie zrobiła na niej najmniejszego wrażenia.
Jakiś chłopak wstał i szedł do drzwi. Zauważyła to i zapytała.
-Dokąd?
-Do ubikacji – oznajmił mężczyzna zbity trochę z swojego toru ruchu.
-Nie teraz. Jak powiem, to będziesz mógł wyjść.
Chłopak posłusznie wrócił do na miejsce. Zaśmiałem się w środku. To już był absurd. Ta kobieta oszalała na punkcie władzy nad mężczyznami.
Wyciągnąłem książkę nie związaną z przedmiotem, który wykładała i zauważyła to. Przeszła kilka razy, aby sprawdzić co czytam, ale już się nie odezwała. Ostatnia z nią wymiana słów odbyła się gdy napisała po angielsku przysłowia, a ja dorzuciłem po angielsku zdanie.
-A friend to all is a friend to none – co miało znaczyć “Przyjaciel wszystkich nie jest niczyim przyjacielem”. Wtedy rzuciła zdanie, nie patrząc w moja stronę.
-Ja nie mam przyjaciół.
Teraz byłem pewien, że tło jej agresji miało jakieś głębsze podłoże. Ogłosiła przerwę. W tym momencie moje zaskoczenie wobec absurdu rzeczywistości nie miało sobie równych. To co się wydarzyło po wyjściu z sali na korytarz zahaczało o jakąś literacką fikcję. Wszystkie wydarzenia, które miały miejsce w ciągu tych trzech dni: opona, deszcz, komórka, przytrzaśnięta dłoń, kluczki w stacyjce, kobieta w moherowym berecie, podgrzewacz wody, MANDAT, zabłądzenie samochodem, sprzeczka z czarnowłosą pięknością i jednocześnie wykładowczynią były niczym w porównaniu z tym co zdarzyło się na korytarzu szkoły.
Pierwszy wyszedłem z sali ja, a za mną wyszedł mężczyzna, któremu czarnowłosa kazała wrócić się na miejsce, i nie mógł wyjść nawet do ubikacji, czego nie zabrania się nawet przedszkolakom. Podszedł do mnie i wyciągnął dłoń w geście gratulacji i powiedział.
-Ale ją zmieszałeś. Ja to bym jej jeszcze bardziej przywalił. Jesteś niesamowity. Jesteś moim idolem. W ogóle nie wiem po co się przesiadałeś, ja by się nie przesiadał, ale i tak nieźle dałeś jej popalić. – i to mówił ktoś kto na jej gniewne spojrzenie nie mógł wyjść do ubikacji i się jej nie sprzeciwił.
Katharsis rosło, gdyż za tym mężczyzną ustawiła się kolejka i wszyscy mężczyźni podchodzili do mnie i podając mi dłoń gratulowali jakbym miał co najmniej urodziny, a z połową tych ludzi nigdy nie rozmawiałem, a niektórzy byli pierwszy raz jak mi się zdawało na zajęciach.
To było coś niebywałego. Prawdziwe katharsis. Czułem jak coś po mnie spływa, jakiś ciężar, jakiegoś piekielnego zaklęcia. Czy ktoś może sobie wyobrazić sytuację, kiedy po kłótni z nauczycielem student wychodzi na przerwę i męska cześć słuchaczy podchodzi do niego i mu gratuluje, a kobiety stoją obok pod ścianą w rzędzie jakby czekały na rozstrzelanie? Jakby znalazły swoje miejsce i skończyła się era agresywnego feminizmu? Zrozumiałe by było, że solidarność uczniów zbiłaby się w jedno, ale z obu płci, a tutaj tylko cześć męska składała gratulacje. Sytuacja wyjęta spod wszelkich schematów i głębokie odczucie ulgi, odczucie, że pech się skończył. Jakby rozgrywał się teatr, nienaturalna sytuacja groteski. Aktorzy i jednocześnie widownia staje się szczerym fanklubem jednego bohatera spektaklu, który raczej odebrał swoją rolę negatywnie. Niepojęte, niezrozumiałe, niewytłumaczalne, niesamowite, niezwykłe zakończenie strasznych doświadczeń. Anulujące, resetujące i niwelujące czar. Gratulacje jak rytuał oczyszczenia. Odczucie jakiegoś przebudzenia, ściągnięcia ciemnej zasłony z oczu. Ta pewność, że czar pecha prysł.
Przekonałem się, że jednak są kobiety, którym nie można bezmyślnie coś nakazywać, nawet jeśli jest to półżartem i taką kobietą jest jevel. Całe zdarzenie wydawało się być jakimś złudzeniem i snem. Miałem jednak ranę na dłoni. Kwit za mandat i za wulkanizację. Również należy zauważyć, że jak najbardziej nie było wszystko bezmyślnym zrządzeniem losu, lecz wyrafinowaną grą. Samo zakończenie miało ścisły związek z wyrażeniem: „Wracaj!” Jak najbardziej była to forma dominacji i jak najbardziej skończyło się to wojną płci, jakby nagle ich umysły połączyły się w jedną świadomość. Zdanie czarnowłosej nauczycielski: „Ja tu jestem górą” – narzucało myśl, że to nie ona przemawia, tylko jakaś demoniczna siła o kobiecej tożsamości. Słowa „Wracaj!” wypowiedziane półżartem wywołały lawinę. Zadziwiające w tym było to, że jeśli magię uznać za coś naturalnego i oczywistego to zbyt nieprzewidywalną reakcją i pochopną wydaje się reakcja jevel i jej żeńskiej świadomości. Jej reakcja na żartobliwą zaczepkę była nieadekwatna do sytuacji. Była jak pobicie za rzucenie papierowego samolotu. Taka właśnie jest jevel, że nie zapomina błędów i po ich uzbieraniu się, wybucha gwałtownie z bezlitosną siłą na najmniejszą i niby nic nie znaczącą iskrę.
Sami sobie wyjaśnijcie jakim cudem to mogło się zdarzyć. Ja nie mam pojęcia, jednak z jevel nie była to ostatnia rozmowa i jeszcze wielokrotnie z nią rozmawiałem, choć wiedziałem, że to jest bardzo niebezpieczne, ale coś mnie ciągnęło do niej. Zastrzegła, żebym nigdy nie ujawniał, że ją znam. Niestety, pomimo grożącej mi niewiadomej z jej strony zemsty, tego nie jestem w stanie spełnić. To jest zbyt niesamowite, żeby zostało przemilczane i zatrzymane w tajemnicy. Ludzkość powinna wiedzieć jaką dysponuje możliwością, bo czym to jest jak nie możliwością, którą należy jak najbardziej rozwijać, lecz tak by nie stała się masową bronią zagłady. Paranormalne zjawiska pojawiają się mgliście i znikają szybciej niż się pojawiły. Może po to by ludzkość trzymać w ciemności, by niszczyć środowisko, by panować nad ludzkimi umysłami. Co by się stało gdyby nagle wszyscy ludzie zaczęli posługiwać się telepatią? Myślę, że upadłby świat bezkarnej władzy i chorych instytucji państwowych, wyzysku socjalistycznego, duchowego i kłamstw wszelkiej maści religii. Tak najlepiej, jak telepatia jest tylko w science fiction oraz wymysłem szaleńców, a dostęp do niej mają tylko władcy poprzez rozwój nowoczesnej technologii sięgającej do umysłu człowieka, która byłaby bezużyteczna i bezwartościowa, gdyby ludzkość posiadła wiedzę tajemną, a może tak naprawdę wiedzę naturalną, wytłumaczalną naukowo, tylko nam wydającą się magiczną. Nowoczesne technologie przestałyby przynosić zysk, a żaden polityk nie utrzymałby się przy władzy ze względu na jawność swoich obłudnych myśli.
