Gdy budzisz się i wiesz, że nie śpisz.
Ξ Czerwiec 18th, 2002 | → 6 komentarzy | ∇ niewyjaśnione, proza |
Budziłem się powoli, poczułem mrowienie na skórze klatki piersiowej. Spojrzałem w stronę mięśni piersiowych. To wszystko sobie przypominam. Wtedy sobie tego nie uświadomiłem, ale widziałem jak w podczerwieni, wszystko czarnobiałe wyraźnie zarysowane kontury, wszystko jakby szaro – popielate. Na mojej klatce przemieszczała się popielato – niebieska dłoń. Od razu zrozumiałem, że próbuje się dostać do serca. Zaczęła przenikać moją skórę i dlatego tak nieprzyjemnie mrowiło, dotknęła mojego serca, miałem wrażenie, że je ścisnęła na chwilę. Uświadomiłem sobie sytuację jakiegoś niebezpieczeństwa, zagrożenia mojego życia, zawsze wartego walki do ostatniej kropli krwi, choćby dla zabawy, obudziły się we mnie strach, gniew i siła. Strach zagrożenia życia przemienił w potężną energię. Miałem problem z podniesieniem głowy, była cięższa niż normalnie, ale podniosłem ją na wysokość może 5 cm i odwróciłem ją w lewą stronę nadal leżąc. Zobaczyłem to coś. To coś zamarło. Klęczało przy moim łóżku, było nagie, skóra łysa, jakby niebieska, może popielata, nawet mogłoby wyglądać jak Golum z “Władcy Pierścieni”, tak samo kilka długich włosków na głowie, ale nie miało tak wielkiej głowy i skarłowaciałego ciała. Skóra jakby wysuszona, ale osobnik młody, gdyby był człowiekiem miałby jakieś 25 lat tyle co ja wtedy, ale przez tą skórę wysuszoną wyglądał jakby miał z 1000 lat. Oczy czarne, z prawie niewidocznymi białkami, bardziej ciemnymi niż jasnymi, choć tego nie jestem pewien, wyglądał jak człowiek, ale może nawet nie miał białek. Kształt czaszki, jak każda czaszka człowieka, nawet miał linie jak u filozofa przebiegające przez czoło. Zbliżyłem się z pogardą do jego twarzy na odległość 5 cm. Patrząc temu czemuś w oczy. Sam się zdziwiłem tej odwadze, zwykle każdy, na szmer w pokoju najlepiej schowałby się pod poduszkę, ale nie tym razem, bo czułem, że to jest prawdziwe, a nie jakiś tam szmer, który należy zignorować i zasnąć. Przynajmniej było to prawdziwsze niż w zwykłym śnie i bardziej świadome doznanie niż można być tego świadomym w rzeczywistości.
Nie drgnął. Poczułem, że korzystam z jakichś dodatkowych baterii energetycznych, bo miałem wrażenie, że jestem zupełnie wyczerpany. Podniesienie głowy do jego oczu kosztowało mnie jakby całą siłę woli, jakbym był w największej chorobie, ale miałem jakąś dodatkową moc za sobą , czułem tą zbierającą się uśpioną energię, i gdy to coś zacznie walczyć, to uaktywni się siła z emocji i rozerwę to coś na strzępy i nie tylko, ale że będę wiedział nagle co z tym ścierwem zrobić, jakby podświadomie, choć przecież trudno wiedzieć co zrobić z czymś co nie istnieje, lub jest czymś niemożliwym. Wyobraź sobie dziwną istotę której nie znasz i w nocy masz przed sobą przy swoim łóżku. Strach paraliżuje i musisz się z tego uwolnić. Istota jak wampir klęczy nad ciałem, jakby nad pokarmem. Teraz to coś patrzyło mi w oczy, nieruchomo, coraz bardziej tracąc wiarę w siebie. Wtedy odezwałem się pogardliwie, sącząc słowa, jakby były dla niego przekleństwem i pierwszym uderzeniem upodlenia: -Nieee daaasz raadyyy!
Cofnął głowę i szybko ale spokojnie wstał, podszedł do drzwi balkonowych i jeszcze raz popatrzył w moim kierunku. Wydawało mi się, że nie ma genitaliów, ale wtedy o tym nie myślałem, bo czekałem na jego ruch. Wyglądał jakby się wahał, jakby niedowierzał, że mogę nagle wstać i wyzwolić w sobie coś o czym mógł mieć tylko wyobrażenie podobnie jak ja o jego sile. Był cały czas w szoku, przerażony i zdziwiony sytuacją, zaskoczony tym moim przebudzeniem i słowami. Odsunął otwarte drzwi balkonowe i zniknął za nimi.
Opadłem na poduszkę strasznie zmęczony, zrobiło się ciemno i po chwili znowu otwarłem oczy, wtedy doznałem wszystkimi zmysłami prawdziwego przebudzenia, poczułem powietrze i usłyszałem dźwięk uderzających drzwi balkonowych o drzwi wewnętrzne. Odwróciłem głowę z większą łatwością niż przed chwilą, był świt, zasłona odchylona wpuściła jasne światło poranka i drzwi znowu zatrzęsły się sobie właściwym dźwiękiem zamykając się a wraz z nimi zasłona, zanurzając pokój w półmroku świtu. Jakby właśnie ktoś tymi drzwiami wyszedł. Odróżniałem kolory. Czyżbym wtedy wyszedł z ciała? Wiatr, który wtargnął do pokoju, gdy była odsunięta firanka, nie mógł być przyczyną tak mocnego otwarcia drzwi i przymknięcia. Nasłuchiwałem, czy wiatr zrobi to ponownie, czy ma taką moc? Zasłona i firanka dość mocno blokuje drzwi i nawet wychodzący człowiek musi użyć dużo siły, żeby pchnąć drzwi, lub najpierw odsunąć zasłony, a wiatr nie wiał z taką siłą by to mógł zrobić. Byłem potwornie zmęczony. Miałem zdrętwiałe mięśnie, jakby przez jakiś czas nie płynęła przez nie krew tak jak gdy źle śpiąc budzimy się i mamy zdrętwiałą nogę czy rękę, ja miałem zdrętwiałe całe ciało, choć spałem na wznak, więc nigdzie nie było nacisku na tętnicę. Mrowiło mnie serce, choć czułem, że jest jakby żywsze, rozmasowane, jakby jakieś zatkane w nim żyły odetkały się. Nie mogłem się podnieść, zmęczenie było zbyt wielkie. Znowu próbowałem zasnąć, ale gdy już wchodziłem w trans snu i lekko zaszeleściła firanka od wiatru, budziłem się, choć drzwi już się nie uchylały ani razu. Postanowiłem je zamknąć i dopiero wtedy zasnąłem spokojnie, strasznie zmęczony.
