Czas zmienia czasami tempo
Ξ Sierpień 25th, 1998 | → 0 Comments | ∇ metafizyka, niewyjaśnione, proza |
„Codzienność” pomyślał Jacques- „Maź zwykłości i niepowtarzalności zamknięta w kole czasu. Możliwość déjà vu, podobnie, a nawet tak samo palącego słońca i lekkiego wiatru niosącego ze sobą to samo uczucie. Lecz to tylko uczucie, które jeśli jest piękne bardzo trudno zatrzymać dla chwili.”
Jacques podskoczył ociężale i chwycił się prawą ręką chwytu, który znał na pamięć. Szybko podciągnął się i doskoczył do następnego, ale nie czuł się zbyt pewnie. Mięśnie przedramion zaczęły odmawiać posłuszeństwa.
-Grawitacja jest dzisiaj dużo większa niż zwykle – zażartował, ale może to była prawda i chwycił się następnego już wyślizganego uchwytu. Za dużo wkładał w to siły bardziej ufając rękom niż nogom, ale spieszyło mu się i doskoczył do następnego uchwytu. Przy samym szczycie zatrzymał się by odetchnąć.
„-W tym miejscu skała przechodzi w lekki okap i trzeba zastosować techniczną kombinację, a słabe już przedramiona mogą tego nie wytrzymać.” – pomyślał, lecz nie zastanawiał się długo i po chwili prawie wisiał na rękach. Rozłożył odpowiednio swój ciężar na nogi, tak by nie wyrwać lekko kiwających się bloków. „-Siła musi działać w dół , a nie w poziomie od skały. Tak, więc na sam koniec dodatkowy wysiłek na przedramiona i … już na szczycie.”
-Daj luz. – krzyknął.
-Masz luz – odpowiedział mu Jack.
Asekuracja była łatwa do likwidacji.
-Jacques zawieś sobie linę na haku szyny, wtedy będziesz mógł zjechać, a później ją ściągniemy.
-Też tak myślę, ale może się zaklinować.
Popatrzył się na dół na Jack’a.
-Załóż, zobaczymy.
Jacques zarzucił linę o szynę.
-Gotowe. –krzyknął, a Jack pociągnął koniec liny.
-Schodzi, przynajmniej na razie.
-Ok. To wpinam się i zjeżdżam.
Zjazd trwał bardzo krótko, a z rękawiczki unosił się nieprzyjemny swąd przypalonej skóry.
-Oo… nie schodzi.- Jack jeszcze raz pociągnął linę. Nie schodziła. – Co robimy?
-Mamy trzy wyjścia i nie tylko te na ścianie. Możemy też próbować dalej ją ściągać, aż coś puści, ale nie mamy zbyt dużo praktycznych możliwości, a właściwie jest to tylko jedna możliwość. – produkował się w półżarcie, ale bardzie z irytacji.
-Trzeba wyjść ścieżką i zrzucić linę. – oznajmił Jack.
-Tak, ale zapraktykuję coś nowego.
-A mianowicie?
-Mianowicie, prusik.
-Eeee po co?
Jacques popatrzył się na Jack’a i wtedy zrozumiał, że Jack wie po co, a pytanie zadał dla niego.
-Jestem wybułowany, ale myślę, że dam radę.
Dwie żyły liny, po nieudanych próbach ściągnięcia, leżały po obu stronach wiszącego bloku. Kilka podrzutów zbliżyło je do siebie.
-Resztę trzeba będzie zrobić w trakcie wychodzenia. – oznajmił Jacques i wiedział, że musi to zrobić, ale coś poza świadomością drażniło go, że to nie to i nie po takim wysiłku. Nie będzie miał asekuracji poza prusikiem, węzłem samozaciskowym, a później jeszcze na ścianie trzeba złożyć do siebie obie żyły, aby wychodzić dalej. Zbyt daleko na prawo przesunęli linę, a teraz jeszcze bardziej zaklinowała się i to na dość trudnym do wyjścia odcinku.
-Tam na górze- wskazał palcem Jacques i jakby mówił do siebie próbując przekonać się, że dzisiaj już powinien dać sobie spokój i ściągnąć linę w normalny sposób.- Tam jest ponad „pięć plus” i to na same przedramiona. –przyglądał się nie mając już żadnej chęci do wychodzenia, ale wiedział, że to organizm, układ nerwowy broni się i ostrzega, ale on sam może zrobić wszystko. To on, a nie organizm kieruje wszystkim, wystarczy wykroczyć poza zwykłą świadomość. Założył prusik na linie.
-Pamiętaj …– krzyknął do niego Jack- … jakbyś odpadł nie chwytaj się prusika.
-Wiem.
-Jeśli go chwycisz nie zaciśnie się i spadniesz. – przypomniał mu ponownie.
-Nie mam zamiaru odpadać, bo wtedy bym nie wychodził.
Wysunął prawą rękę w kierunku wypatrzonego uchwytu dotąd nieznanej drogi.
-To ciekawe. Mam wrażenie, że ta droga prowadzi tylko w górę. – powiedział Jacques i podciągnął się wyżej. Teraz prusik był poniżej jego kolan i musiał podciągnąć węzeł do góry. Wymagało to sporej gimnastyki, bo teoretycznie musiał mieć jedną wolną rękę, a kiedy węzeł nie chciał się przesuwać – irytacja mogła nieść ze sobą dodatkowe zmęczenie.
Prusikowanie stawało się coraz bardziej uciążliwe i frasujące. Na wysokości siedmiu metrów ściana minimalnie pochylała się ku ziemi. Z pewnej odległości nie było to widoczne, ale doskonale teraz wyczuwalne dla Jacques’a. Przedramiona zaczęły palić gorącym bólem, a musiał jeszcze podciągnąć prusika. Prawą ręką podciągnął go tylko o pół metra, gdy nagle lewa ręka całkowicie zdrętwiała z wycieńczenia i musiał gwałtownym ruchem pomóc sobie drugą, by utrzymać się na skale. Musiał znaleźć lepsze oparcie, żeby wyciągnąć wyżej prusik, ale skała stawała się trudniejsza, a zbyt długie zastanawianie się męczyło coraz bardziej mięśnie. Wzrok stał się jeszcze bardziej nerwowy i mniej dokładny. Ostatnie zapasy energii na znalezienie jakiejś bazy odpoczynkowej, kończyły się z szybkością wzrastającej temperatury ciała. Wzrok zaczynał biegać raz na oddalający się prusik, raz za uchwytem w którym można by znaleźć odpowiednie oparcie. Niedokładne spojrzenie. „Jakaś klama. Z dołu wygląda na dość dużą.” Nie ma czasu na wybadanie jej ręką. Szybki przechwyt i palce dotykają sporego występu. Już cała dłoń próbuje opleść się wokół dziwnego uchwytu. Nagle przebłysk szybkiej informacji. Nagle świadomość, że to nie uchwyt, lecz śliska płaszczyzna pochylona pod kątem 45 stopni z dołu wyglądająca na sporą klamę. Koniec siły i koniec energii, lecz opuszki palców próbują wyczuć na uchwycie chociaż najmniejsze zagłębienie. Chociaż najmniejszą chropowatość. Dłoń coraz szybciej zsuwa się ze skały. Wzrok prawie w półśnie jeszcze bada ścianę, która coraz szybciej zaczyna przesuwać się przed oczami. Tylko, czarny węzeł, jeszcze rozluźniony na linie. „-Półtora metra lotu i statycznego upadku. To jak skoczyć z wysokości trzech metrów.” –przestraszył się i sięgnął w śnie po czarny węzeł. Złapał go. Dlaczego? Jak jabłko z zakazanego drzewa węzeł zaczynał ogrzewać i palić w dłoń. Dźwięk, powietrza. Nie, to dźwięk liny coraz szybciej sunącej pod dłonią. Skała zlewa się i robi się coraz bardziej jednolita. To prędkość. Jakiś w głowie niezrozumiały głos.
„-Puść ten węzeł.”
„-Skąd ten głos.”- Jacques zastanawiał się.- „ – Nigdy go nie słyszałem.” – teraz myślał do siebie- „-Skała syczy. Nie to nie skała to węzeł na linie i ręka na nim zaciśnięta. Zlane kolory skały jak maź biało czarna, jak nie rozmieszane dwie farby, jak smugi czarnych linii na białym wapieniu, coraz szybciej, coraz bardziej równe. Coraz bardziej piękniejsze. Coraz bardziej fascynujące.
„-Puść węzeł i zaufaj” – jakiś wewnętrzny głos? – zastanawiał się – „To nie mój głos”
„-Zaufać jednemu węzłowi? Wcześniej nauczę się latać” – popatrzył na zaciśniętą dłoń i zdało mu się, że widzi dym, ale nagle zrozumiał, że to umysł stworzył takie wyobrażenie, jednak chciał powąchać i przybliżyć się do węzła, chciał poczuć swąd. Chciał poczuć, czy naprawdę widzi dym, który przy prędkości zamieniał się w prawie niewidoczną smugę. Myśl nagle znikła jakby sama wiedziała, że nie może być teraz zrealizowana. „-Później-„ powiedział do siebie „- bo czas biegnie w setnych sekundach. Słyszę go, choć teraz tak wolno płynie.
Nie mogę dłużej zwlekać. Nie mogę.”
„-Puść węzeł.”
„-Wiem. Czuję. Jeszcze metr do ziemi. Już ziemia. Szarpnie. To nienormalne. Mam się puścić, żeby przeżyć. – czas płynął w nierzeczywistym tempie – To nienormalne.
Dłoń niepewnie rozluźniła się na węźle, który gwałtownie się zacisnął. Nagle potworne szarpnięcie. W głowię tylko szczęk kręgów w krzyżu, gdzie pas uprzęży zaciągnięty nad biodrami. Tylko szczęk. Jakiś ból. Ból niezrozumiałej głupoty. Jacques wyprostował się i usiadł w uprzęży. Nie potrafił uwierzyć i wytłumaczyć tego, że jeszcze żyje. Gdy wyprostował nogi, końcami butów dotykał ziemi. Był wykończony, potwornie zmęczony. Dotknął lekko dłonią skały, jakby chciał zrozumieć, ale nie potrafił. Prawa ręka była poparzona w miejscach w których stykała się z liną. Błędny wzrok poszukujący oparcia w pustce, poszukujący realnego wytłumaczenia, usprawiedliwienia błędnej uwarunkowanej reakcji. Uwarunkowanej strachem i ograniczeniem umysłu, wiary w coś co istnieje, ale tak naprawdę tego niema jeśli się temu nie zaufa. Materialny węzeł, który działa tylko wtedy, gdy jest dokładnie przemyślany, gdy umysł i siła woli jest większa od uwarunkowań i stereotypów i najlepiej kiedy wolność polega na całkowitym zaufaniu. Co oznacza, że czasami trzeba się puścić, żeby przeżyć. To było magiczne puścić się w momencie warunkowego skurczu, przełamać barierę i zapanować nad instynktem.
Jacques popatrzył w stronę Jacka przenikliwym wzrokiem i zapytał.
-Mówiłeś coś przed chwilą?
Jack miał przez chwilę otwarte usta i wreszcie odezwał się, jakby zastanawiał się czego dotyczy pytanie.
-Nie… nic nie mówiłem.
-Nie mówiłeś trzy razy jak spadałem puść ten prusik?
-Nie… ? …
P.S.
Spadanie ze skały mogło trwać dwie sekundy, najwyżej 2,5 s w odczuciu trwało 10 sekund. Niektórzy sportowcy doświadczyli czegoś co zostało nazwane stan płynięcia, kiedy wydawało im się, że czas zwolnił, wtedy osiągali niezwykłe wyniki, często były to ich życiowe rekordy.
