„Demon 149192632651491”
Ξ Wrzesień 18th, 1999 | → 0 Comments | ∇ niewyjaśnione, proza |
…szedłem po różowej kostce parkingu schowanego za socjalistyczną architekturą blokową pewnego budynku mieszkalno-urzędniczego, stojącego niepoprawnie wśród zmurszałych, lecz gustownych kamienic z przed II wojny światowej. To było na jesień 1999 roku, ale doskonale to pamiętam. Wodząc zamyślonym wzrokiem po ziemi w krajobrazie kilku nieokreślonych świadomością samochodów osobowych stojących na parkingu, poczułem wzmagający się we mnie gniew, choć wszystkie myśli jakie miałem przed chwilą nie mogły go zbudzić. Odczucie było niezwykłe jakby pochodziło z zewnątrz, jakby w powietrzu unosiła się o ogromnym potencjale nienawiść, lecz określona w niewielkiej objętości czasoprzestrzeni o wartości kilkudziesięciu metrów kwadratowych, jakby powoli ulatniała się, ale jeszcze wisiała w niej swoją gwałtownością i niezrozumiałą furią. Popatrzyłem na samochody i pomyślałem, że gdybym miał kij baseboll-owy, rozbijałbym w nich szyby; to uczucie było tak gwałtowne i nienawistne, tak zmyślnie zwierzęce i zarazem premedytacyjnie demoniczne, że poczułem się bardziej manipulowany przez coś, niż jakbym sam mógł to wymyślić. Zrozumiałem, że poczułem wiszącą w powietrzu natrętną, atakującą z niesamowitą jednomomentową siłą myśl, narzucającą chęć niszczenia szyb w samochodach twardym kijem. Szedłem i patrzyłem zaciekawionym wzrokiem po szybach samochodów i coraz bardziej obserwując siebie jak ekstatyczna chęć, prawie orgiastyczna, a może nawet posiadająca cechy orgazmu, jakichś wiszących w powietrzu feromonów, a może fluidów, próbuje opanować moje ciało. Czymkolwiek to było, fizycznym odbiciem wściekłości jakiegoś człowieka, który był tutaj przede mną, czy czymś niematerialnym i niepojętym, czułem to. Była słaba i jakaś dzika widząc niemożność opanowania mojego ciała, coraz dziksza i zmieniająca formę, coraz wścieklejsza i w ten sposób coraz słabsza, przez to, że wywoływała u mnie bardziej ciekawość, niż bezmyślną reakcję. Zza horyzontu czerwonego samochodu powoli wyłaniało się granatowe seicento, podchodząc nie mogłem doczekać się, aż odsłonią się w każdym aucie szyby; mój wzrok wędrował na szybę seicento, ale ujrzałem tylko to co z niej zostało; potłuczone resztki trzymające się krawędzi, z prześwitującą dziurą ukazującą wnętrze samochodu i z rozsypanymi po siedzeniach kawałkami szkła…-…czasami mógłbym przysiąc, że widzę demony, które stworzył człowiek…, gdybym w nie wierzył. Ktoś kiedyś napisał: „Nie wierzę!, ale to jest prawda”.
